Czym prędzej zlikwidował posłuchanie.

— No więc, moi panowie, to już widzę! Jest wasza racja, obrachunki nieprawidłowe! Ja w to wejrzę. Idźcie panowie z Bogiem, tylko pan Gałkowski niech tu zostanie, załatwimy to z nim...

Robotnicy, kłaniając się, wychodzili, prosząc:

— To niech już Pan Inspektor, nie odkładając, wyreguluje te nasze krzywdy...

Gałkowski wstał i kiwając się w ich stronę z uśmiechem, zamknął za nimi szczelnie drzwi. Gdy usiadł, Miernik zapalał właśnie papierosa i poczęstował go.

— No, widzi pan, panie Gałkowski, teraz cała chryja! Obrachunki nierzetelne i to taka głupia rzecz, doprawdy: na grosze oszukują! Ale ci ludzie tu u pana bardzo niecierpliwi: tak mi się jakoś stawiali i coś tego, wie pan — pociągnął nosem — coś mi to nie pachnie! A raczej, pachnie mi to, ale brzydko. Oni to sobie porządnie obmyślili i przygotowali; a czy pan o tym wiedział? Nie?! Więc to panu powiem, że to mi pachnie: opozycją!!

Gałkowski wydął pogardliwie wargi.

— No, znowuż, Panie Inspektorze, nie trzeba przesadzać! To jest ich prawo, nie żadna opozycja! Czego się Pan Inspektor tak irytuje?

Miernik przeglądał machinalnie książki i nagle odrzucił je na bok, aż się rozsypały poza stół.

— Irytuję!! Dobry mi sobie!! Wszystkie książki poszachrowane!! Czy pan ma pojęcie, co by go to powinno kosztować, taka rzecz, żebym go karał?! Ile nieprzyjemności? Właśnie musi pan wiedzieć, że jest mi dyrektor w tym czasie potrzebny, do takiej, wie pan, państwowej, politycznej, no prorządowej, słowem, jednej akcji; wcale mi nie na rękę, no wprost niemożliwe jest dziś kawały mu robić. A ci znów tak mi wyglądają, jakby się chcieli zniecierpliwić! No i masz cały kram! Wie pan przy tym, że nie mam życzliwego człowieka w okręgowym inspektorze, mam go wprawdzie gdzieś, ale cholera jeździ do Warszawy, zawsze coś nakręci! No, powiadam panu, strasznie mi to nie na rękę!