Gałkowski pozbierał rozrzucone książeczki, zaciągnął się papierosem i wycedził przez zęby:

— Można to załatwić spokojnie. Niech Pan Inspektor da temu pokój, jak są ważniejsze — mrugnął — „państwowe sprawy”...

Miernik czuł się tego dnia źle i — zasadniczo lekkomyślny i ufny — węszył i tu jakiś fortel.

— Nie, co znów!! Pan sobie wszystko lekceważy! Że też pana oni znoszą i obierają! Ja nie mogę sobie pozwolić na takie: „dać pokój”. Muszę tę sprawę podjąć. Trudno. Nawet książeczki zatrzymam. O... — Odłożył sobie cztery książeczki do teki.

— Do dyrektora dziś nie wstąpię, bo już nie mam wcale czasu, a i tak się z nim rozmówię dziś, jutro. Chodzi mi tylko o to, panie Gałkowski, żeby pan działał na uspokojenie. Powie pan, że przy panu zabrałem książeczki i nawet nie chciałem gadać z Baczyńskim, tylko od razu wytoczę mu, no, wie pan! Inspektor, powie pan, jak rumaka dosiadł po waszym wyjściu, od razu wziął się do rzeczy. I w istocie, wie pan, sprawę tę muszę przeprowadzić, tylko rozumie pan, w paradę, w paradę mi wleźli, ot co! Działaj pan, działaj pan na uspokojenie, bo to już, mówię panu, opozycją pachnie! A jak towarzysze przyjdą, no to i pańska kariera się skończy!

Szybko zebrał papiery w tekę i żegnał się już z Gałkowskim, domawiając te słowa. Gałkowski odprowadził go przez korytarz, spokojnie mówiąc:

— Ja działam, Panie Inspektorze, ja zawsze działam na uspokojenie.

Tak więc to mniej więcej wyglądało, gdy Miernik zdobywał się na „inspektorski gest”. Gest z książeczkami i z tą całą „chryją”, jak to nazwał, zdarzył się w pierwszym roku nadzoru Miernika nad fabryką „Szpilka”, coś tak pod koniec trzeciego kwartału w tym pierwszym roku. „Państwowe” zaś lub „rządowe”, a w istocie rzeczy prywatne powiązania Miernika ze „sferami gospodarczymi” w ogóle, a z Baczyńskim w szczególności, wpływały skutecznie na wyniki takich jego inspektorskich gestów: sprawa oszukiwania robotników przy rozrachunkach, przy skutecznej pomocy Gałkowskiego, ciągnęła się i nie została załatwiona aż do końca urzędowania Miernika w tym obwodzie, to znaczy — jeszcze przez cały rok i kwartał. Była to skądinąd sprawa tak jasna i przejrzysta w istocie przekroczenia i w sposobie ścigania prawnego takich przekroczeń, że byle jaki inspektor umiał w kilka dni załatwić tego rodzaju sprawę, najwyżej zaś mogło to trwać parę tygodni.

Stosunki Miernika z jego bezpośrednią władzą, okręgowym inspektorem pracy (władza inspekcji pracy drugiej instancji, analogicznie do wojewody w służbie ogólnej administracji) były rzeczywiście fatalne. Okręgowy inspektor, Feliks Kostrzewa, należał ongi — przez nieszczęśliwy zbieg wypadków — do owej grupy kolegów, na zakupach których Miernik tak bezceremonialnie zarabiał w początku państwowości polskiej. Na zasadzie tego odkrycia, Kostrzewa nie żywił zbytniego zaufania do etyki Miernika. Poza tym uzbierał sobie informacje o jego metodach urzędowania od kolegów, którym podlegał Miernik w innych okręgach (województwach). Mianowanie Miernika do swego okręgu Kostrzewa traktował jako dopust boży, jako szykanę ze strony władz i niemal od pierwszego miesiąca urzędowania Miernika pod jego komendą wnosił, prosił i zabiegał o jego odwołanie i przeniesienie. W końcu, po paru latach, zabiegi te zakończyły się — zwycięsko dla Kostrzewy — przeniesieniem Miernika do innego województwa. Przeniesienie to — a więc i zamącenie pięknej, nieruchomej tafli w jeziorze ochrony pracy w fabryce „Szpilka” — nastąpiło zaledwie na miesiąc czy półtora przed tragicznym rozwiązaniem konfliktu, który wprowadził imię fabryki „Szpilka” do historii współczesnych stosunków społecznych w Polsce.

Kostrzewa miał umysłowość innej miary niż Miernik i był najzupełniej w stanie nie tylko pojmować, jak należy wykonywać ochronę pracy, ale nawet potrafiłby wprowadzić właściwe metody sprawowania tej ochrony. Potrafiłby — gdyby nie kolce, piołuny i ciernie, po których kroczyły stosunki okręgów z trzecią instancją — ministerstwem pracy. Potrafiłby może nawet i w tych ciężkich warunkach, gdyby nie oportunizm, narastający wraz z wiekiem, brzuszkiem, łysiną, rozwojem trosk o „przyszłość” dzieci, o zabezpieczenie własnej starości; oportunizm, który sprawiał, że Kostrzewa umiał już usprawiedliwiać własną bierność przed własnym sumieniem za pomocą argumentu „lojalności urzędniczej”. Argument ten wyglądał następująco: moja władza (główny inspektor pracy, minister, rada ministrów, lub też — w równoległych resortach — starosta, wojewoda, znów minister itd.) nie idzie w tym a tym kierunku, nie każe załatwiać tak a tak, nie zapobiega; wreszcie — nie widzi, nie chce widzieć, nie chce załatwiać, nie chce zapobiec itp. Ja jako urzędnik, przyjmuję rozkaz wyższej władzy (nie iść w tym kierunku, nie widzieć, nie załatwiać, nie zapobiegać, lub odwrotnie) tak jak to brzmi, przyjmuję do wiadomości opinię równoległych resortów (wojewody np.); rozkaz władzy przełożonej wykonuję; opinię równoległego resortu — choćbym uważał ją za mylną, niebezpieczną itp. — pozostawiam decyzji jego przełożonych władz. To był właśnie ten oportunizm „lojalności”.