Warunki pracy i poniewierka robotników nie tylko nie były Kostrzewie obojętne, ale odczuwał je, a w każdym razie rozumiał bardzo głęboko. Od dawna jednak przestał wierzyć w możność wprowadzenia rzetelnej ochrony pracy w fabrykach. Widział dobrze wszystkie sprężyny i potęgi, uniemożliwiające tę pracę. Nie rozwijał już w sobie energii i oporu młodości (bo młodość przeszła), żeby walczyć o tę ochronę pracy. Nie stał się bynajmniej zwykłym zjadaczem chleba. Czynny na wielu odcinkach społecznych, uruchamiał budowę kolonii mieszkalnych robotniczych, organizował letnie wyjazdy dzieci bezrobotnych, miał tysiąc rozumnych pomysłów i umiał je wykonywać. Najmniej płodnym, najmniej twórczym był ten, na ogół płodny i twórczy, człowiek na terenie swej właściwej służby — inspekcji pracy. Trzeba było zresztą znać męczeństwo takiego urzędnika,który chciał naprawdę efektywnie działać i pomagać społeczeństwu (w danym wypadku robotnikom) na swym odcinku służby — udrękę stosunków z własnym ministerstwem, z każdym innym, z innymi urzędami, z przemysłowcami, ze stronnictwami politycznymi itd. — żeby zrozumieć, że urzędnicy niewątpliwie ideowi i pełni najlepszej woli, jak Kostrzewa, mogli się po kilku, kilkunastu latach wykrzywiać w taką obręcz oportunizmu, która się w końcu zamykała na poniewierce robotnika.
U Miernika Kostrzewa od razu natrafił na bierny opór, na najgorszą formę sabotażu. Miernik pozostawał nieczuły wobec poleceń, krytyki, wreszcie żądań zwierzchnika. Przytaczał tysiąc obiekcji, przeszkód, usprawiedliwień na dowód swej niewinności w stosunku do tego lub innego zaniedbania. Kłamał i wywijał się kontroli jak piskorz. Kostrzewa zaś, lubiąc żyć dobrze i koleżeńsko z ludźmi, ulegając zresztą prądom oportunizmu, był szczęśliwy, gdy mógł się z Miernikiem wyminąć. Przekonał się zresztą prawie od razu, że usiłowania jego nie zmieniają nic w tym zakorzenionym systemie wykonywania obowiązków, jaki uprawiał Miernik. Kostrzewa, był bystrej inteligencji, prędko więc doszedł tajemnicy rozgałęzionej sieci stosunków i stosuneczków, jaką rozsnuł po mieście Miernik. Zebrał też dość rzeczowych informacyj o Baczyńskim, aby zrozumieć, że nie byłby to łatwy orzech do zgryzienia nawet dla inspektora pracy, obcego kompromisom i oportunizmowi. Stosunki osobiste Baczyńskiego sięgały daleko. Grał w brydża. Polował i miał majątek, w którym mogły odbywać się polowania. To były straszliwe atuty! Toteż po krótkim okresie otwartych ataków na Miernika w płaszczyźnie służbowej kontroli i rozkazów (sabotowanych), Kostrzewa przerzucił całą zbywającą energię (zbywającą od zbyt wielu zajęć i prac, zresztą przeważnie społecznej natury) na uwolnienie się i uwolnienie swego terenu od Miernika.
Bieżące sprawy musiały być jednak załatwiane. Kostrzewa korzystał z szerokiego zaufania związków zawodowych robotniczych (niezależnie od barw) i stąd dowiedział się jakoś o historii książeczek obrachunkowych w fabryce „Szpilka”. Zresztą wiedział i o innych sprawach, o głośnych w tej fabryce, a swoiście obstawianych, haremach majstrów. Wzywał tedy nieraz Miernika.
— Panie Inspektorze, te książeczki tam u Baczyńskiego muszą być załatwione. Nie pojmuję powodów, dla których pan to przewleka; nie chcę wchodzić w te powody, ani wierzyć rzeczom, które ludzie opowiadają. Wskazuję jednak panu, że to przewlekanie wygląda dla pana niekorzystnie, co ostatecznie mnie boli mniej, ale i dla inspekcji, co mnie musi boleć. Proszę to załatwić!!
Miernik wstawał, kłaniał się, patrzyli na siebie nienawidzącymi się oczami. Miernik mówił mu: „Nie ugryziesz!”, a Kostrzewa odpowiadał: „Płaz” — ale wszystko tylko wzrokiem. Słowami Miernik mówił:
— Ależ załatwię, panie inspektorze, nie mam nic przeciw temu. W przyszłym tygodniu będę miał na to czas.
Gdy przychodził przyszły tydzień, nie było na miejscu albo Miernika, albo Kostrzewy; przychodził strajk, inne pilne sprawy, zapominało się. Działał wreszcie i oportunizm: uniknąć, odsunąć...
Po paru tygodniach analogiczna, ostrzejsza w wyrazie twarzy i tonie, rozmowa. Ten sam skutek. Znów rozmowa. Ten sam skutek. Tu Kostrzewa już zapowiadał, że sprawę tę poruszy wyżej. Ale nie poruszał, bo w istocie sprawa ta leżała najzupełniej w zakresie jego uprawnień i mógł i musiał umieć załatwić ją własną władzą. Mógłby, gdyby istotnie miał możność we własnym zakresie wyciągnąć wszystkie konsekwencje z sabotażowania go przez Miernika. Próbował. Ale wtedy Miernik swoimi drogami pozyskiwał poparcie „miarodajnych czynników” i Kostrzewa otrzymywał telefon:
— Panie inspektorze... dowiaduję się... bardzo mi przykro... panowie, w odpowiedzialnych czasach, zamiast zgodnym wysiłkiem — pauza. — Niechże pan się stara... przecie w pana możności... przez ciągłą kontrolę... koleżeński stosunek... uzyskiwać stałą... choćby powolną... poprawę.
Kostrzewa kładł rękę na aparacie i uzyskiwał... rozłączenie rozmowy. Robotnicy zaś — mogli czekać...