Ale robotnicy nie czekali już tak długo. Kostrzewa uzyskał wreszcie od swych władz przeniesienie inspektora Miernika do innego okręgu i przydzielając fabryce „Szpilka” nowego inspektora, zabrał się wreszcie do porządkowania tam stosunków, a przynajmniej — do rozpoznania się w rozmiarach przekroczeń, krzywd i nieprawości, tak bujnie rozkrzewionych w tej fabryce. Spotkał się już jednak sam w załodze z kompletną niewiarą w jakąkolwiek pomoc inspekcji pracy i z narastającą żywo postawą walki o własnych siłach: walki o prawa, zagwarantowane przecie autorytetem państwa!
To robotnicy przestawali czekać...
V. Polski strajk
Podobnie do wody zaskórnej, która występuje niewiadomego dnia na powierzchnię, wszystkie nurtujące w załodze fabryki „Szpilka” prądy i nurty fermentu wystąpiły na powierzchnię życia fabrycznego w lutym roku 1936. Ujawniły się nagle w oszałamiająco jaskrawej postaci przewędrowania całej załogi fabrycznej ze związku prorządowego do opozycyjnego, do socjalistów. Zdarzenie to poprzedził fakt dużo mniejszej wagi: przeniesienie inspektora Miernika do innego województwa i zjawienie się w fabryce nowego obwodowego inspektora wraz z okręgowym inspektorem Kostrzewą. Zorganizowaniu się załogi w innym związku towarzyszyły wybory nowego delegata: był to więc koniec delegata Gałkowskiego! Gałkowski był nawet rad z takiego wyjścia, bo grubo gorzej byłoby wypadać z delegatury w wyniku związkowego śledztwa i ustalenia, być może, pewnych wiadomych rzeczy. Zresztą i śledztwo zakończyło się bardzo nieprzyjemnie dla Gałkowskiego. Wprawdzie ani Nowicki ani Malczyk nie mogli oczywiście przedstawić żadnego dowodu na piśmie, ale Malczyk wiedział od żony Jackowskiego (która w końcu dobrnęła do widzenia się z mężem w więzieniu), że Jackowski siedzi jedynie za doniesieniem Gałkowskiego, a ta sama była przyczyna aresztu Nowickiego. Jackowski zdążył szepnąć to żonie do ucha; po wyjściu zaś dopiero opowie, skąd — szczęśliwym wypadkiem — o tym się dowiedział. Wszystko się sprawdzało, bo i władze związku: Mitek i sekretarz Korzeniowski, szturmując do policji o zwolnienie członka związku Jackowskiego, natrafiały w tej sprawie na dziwną tajemniczość i staranne ukrywanie informatora. Nic nie pomogło, że i Mitek i Korzeniowski ręczyli za Jackowskim iż nigdy nie był komunistą; nie puszczano go i starano się zmylić ich budzącą się czujność. Toteż natychmiast po zakończeniu protokołów komisji, sekretarz Korzeniowski oświadczył Gałkowskiemu, że ma się wypisać ze związku i przerwać od razu wszystkie organizacyjne kontakty; odebrał mu legitymację i wygotował pismo do centrali ugrupowania, że Gałkowski przestaje być członkiem związku „dla względów natury etycznej”, jak to określił w piśmie. Gałkowski udawał niewinnie pokrzywdzonego i nawet z lekka stawiał się, zwracając legitymację. Ale ustawicznie spozierał na drzwi w ciągu tej rozmowy, bo bał się zapalczywości Mitka. Nie uniknął jej zresztą, bo tamten znów starannie pilnował jego ostatniej wizyty w związku. Wszedł też przy końcu rozmowy, podszedł wprost do Gałkowskiego i powiedział krótko:
— Wstań, Judaszu. Broń się! To masz za zdradę!
I wyrżnął go tak w twarz pięścią, że Gałkowski zwalił się na wznak, zalewając się krwią. Korzeniowski żachnął się, chwycił Mitka za ręce i krzywiąc się, zawołał:
— Dowodów, Jaś, nie masz! Jak możesz zabijać!
Mitek obtarł rękę chustką, obejrzał się na zemdlonego na podłodze i powiedział spokojnie:
— Nie zabijałem ścierwa. Bardzo nawet słabo pouczyłem go. Też masz się czym przejmować!