I wyszedł z pokoju. Wtedy Korzeniowski ze wstrętem zbliżył się do Gałkowskiego i z karafki wylał mu ciurkiem na twarz dużo ciepłej wody. Gałkowski usiadł natychmiast, więc chyba przytomności nie tracił: był to tylko zręczny manewr ochronny przed wściekłością Mitka. Wtedy Korzeniowski dał mu ręcznik z szafy, kazał mu piorunem się umyć i wiać:

— Żebym tu cię więcej nie oglądał; i w twoim to własnym interesie jest zwijać się!!

Istotnie, Gałkowski nabrał tak błyskawicznej szybkości, że nie upłynęły dwie minuty, jak nie było go już w lokalu; wybiegł, zakrywając twarz chustką od nosa. Był to jego ostatni popis w związku. W fabryce już od kilku dni nie bywał; od chwili, gdy spadł z delegactwa, bał się już tam przychodzić. Jak bronić się było dłużej przed głośnym omawianiem wyników śledztwa? Meldował się też w urzędzie, prosząc o ochronę: kazano mu troszczyć się samemu o siebie, zmienić mieszkanie, wyjechać, skoro się bał, z miasta. Nie mógł już być na tym terenie potrzebny, gdyż został tak czy inaczej rozkonspirowany; mógł tylko już szkodzić.

Delegatem fabryki został Władek Malczyk. W nowym związku, gdy zreferował w szczegółach położenie robotników w fabryce, działania dyrekcji, majstrów, bezczynność i krętactwo inspektora pracy, postanowiono, że musi natychmiast rozpocząć energiczną akcję ofensywy, gdyż fabryka należy do mocno zabagnionych. Pracował tedy przez szereg wieczorów w związku nad sformułowaniem żądań, jakie miał przedstawić dyrekcji. Odrzucono zupełnie ewentualność zwrócenia się o pośrednictwo do inspekcji pracy. Zbyt długo robotnicy obserwowali działalność inspektora Miernika i utracili wszelkie zaufanie do całego urzędu, jakkolwiek nowy inspektor na zlecenie okręgowego inspektora wdrożył już naprawdę dochodzenie karne w sprawie nieprawidłowego obliczania robotników przy zapłatach. Nie mogli już wierzyć żadnemu. Postanowiono więc bez pośrednictwa inspekcji rozpocząć akcję.

Genka wstępowała codziennie po męża do nowego związku. Siedziała cichutko pod ścianą w sąsiednim pokoju i wyczekiwała cierpliwie, aż skończył swoją pracę. Gdy zaś wychodził — taki inny niż dawniej, nieponury, z płonącymi oczami, z energicznym ruchem rąk, zbliżała się do niego, radosna i dumna i wychodzili razem. Na schodach brał ją pod brodę i zaglądał w oczy.

— Dobrze jest, będziemy się teraz bronili! — mówił. — Taki idzie czas, że się każdy związek podciągnie; tamten dawny nasz, po wywaleniu Gałkowskiego, pójdzie teraz też rzetelnie razem z nami, jak wytną sobie te wrzody.

Szli do domu, do maluteńkiego, wspólnego mieszkanka. Byli bardzo szczęśliwi. Przejście z majstrem samej Gence wydawało się teraz niebyłym38.

W dyrekcji Malczyk jako delegat, pierwszą rozmowę miał tylko z Pańkowiczem. Chciał od razu mówić z samym Baczyńskim, ale ten rzadko „na takie głupstwa” miał czas. Natomiast o rozmowie Pańkowicza z delegatem Baczyński dowiedział się tegoż dnia, gdyż istotnie wszystkie najczarniejsze przewidywania Pańkowicza co do zmiany nastrojów w załodze okazały się słuszne. Malczyk zgłosił imieniem załogi żądania: 1) podwyżki płac, 2) rzetelnego obliczania przy wypłatach, 3) usunięcia majstra Zielnika i portiera Zielaka, 4) zwolnienia z fabryki byłego delegata Gałkowskiego, który wprawdzie już „zachorował”, ale był jeszcze robotnikiem fabryki. Wszystko to krótko, bez komentarzy, wyrecytował Pańkowicz Baczyńskiemu przez telefon, a od siebie dodał tylko:

— Pan Prezes wybaczy, bo ma mnie Pan Prezes za pesymistę, ale zdaje mi się, że oni nie ustąpią! Pójdą na całego!

Baczyński odciął się tylko przez telefon: