— Zobaczymy panie, zobaczymy! Niech mi pan tylko w kantorze nie rozsiewa tej swojej... — zawahał się — aha, kiereńszczyzny39! Właśnie kiereńszczyzny!! Nie mamy jeszcze rady delegatów, żeby tak od razu pasować40 przed motłochem! Mam jeszcze urzędy, mam jeszcze swoje stosunki! Zobaczymy, kto mocniejszy!

Pańkowicz położył uszy po sobie i milczał. Przecie „kiereńszczyzna” mogła go kosztować wymówienie posady. Tym naprawdę nie mógł ryzykować!

Ale za pięć minut poderwał go od biurka wściekły głos szefa.

— Panie! — krzyczał — co to u cholery, zmowa, czy co? Dzwonię do Miernika, nie spotykałem go od paru tygodni, wyjeżdżał, a teraz nie ma go, ale to wcale nie ma już w mieście!!! Mieszkanie nie odpowiada, godzina czwarta, co się dzieje! Szukaj go pan!

Pańkowicz uczuł skryte, wewnętrznie zadowolenie:

— Myślałem, że Pan Prezes wie; przecie pan Miernik tu wstępował się żegnać, Pan Prezes miał się z nim widzieć. Pan Miernik przecie już tu nie urzęduje, został na przedstawienie pana Kostrzewy odwołany i przeniesiony do innego okręgu.

W telefonie słychać było tylko sapanie. Po chwili Baczyński począł znów krzyczeć:

— To pan to ma sobie za nic? Takie to faramuszki dla pana, że go tracimy z terenu?! Nie orientuje się pan chyba, że to skarb, nieoceniony skarb dla nas: inspektor pracy, który życiowo traktuje to wszystko, uwzględnia trudności placówki, racje gospodarcze...

Pańkowicz wpadł w pauzę, żeby oświadczyć aksamitnym głosem:

— Ależ, Panie Prezesie, ja to bardzo dobrze doceniam... Pracuję z Panem Prezesem, a i z panem Miernikiem całe lata. Właśnie moja ocena sytuacji w fabryce wiązała się...