Nastąpiło rozłączenie. Odłożył więc słuchawkę, żeby za chwilę znów podnieść ją do ucha. Baczyński cicho, jakoś dziwnie chrypliwie, zgrzytał przez telefon:

— No, musiałem rozłączyć, żeby nie powiedzieć panu brzydkich słów!!! Naprawdę, w tak przykrej chwili, pan doprowadza mnie do pasji swoimi analizami! Co pan, socjolog czy filozof, u ciężkiej cholery! Wiązało się panu! Proszę!! Tak samo tam wiązało się wszystko w tej kiereńszczyźnie, aż zawiązało im na własnej szyi! Proszę pana! Musimy się ratować, ten Malczyk, to przecie kat, to oprawca, widziałem go kiedyś z daleka — ponury, wściekły drab! Że też ten Gałkowski upadł, cóż to za święty człowiek był razem ze wszystkimi swymi pretensjami! Teraz to już naprawdę nie pojmuję, żem nie miał dość względów i ustępliwości dla takiego, jak Gałkowski, delegata! Trzeba było im wtedy te wypłaty wyregulować, no, doprawdy, taki błąd!

— Pytałem, Panie Prezesie, Pan nie kazał...

— Hu-u-u. Pytał pan!!! Ależ z pana słodki charakter!!! Krew mnie chyba zaleje... Panie Zygmuncie kochany, no dzwoń pan do tego Kostrzewy, czy innej cholery, jaka tam się dziś wygłupiać będzie nad nami! Ja do nich dzwonić nie będę! Kostrzewa był dawniej na lewicy; wiem, zbierałem kiedyś od naszych ludzi informacje! Do Naczelnika Państwa z delegacjami małorolnych chodził w 1919 roku! O reformę rolną! Sztandary czerwone po zamkach wywieszał! Ja takich rzeczy nie daruję! Nie zapominam! Chodź pan, zakrzątnij się pan, panie kochany, bo naprawdę ścięty jestem z nóg tym Miernikiem i tym wszystkim... Zresztą, mam dziś pilne sprawy. Nie mam dziś ani czasu, ani zdrowia na fabrykę. A tu trzeba zapobiec, panie, od razu zapobiec, bo inaczej może być zupełna klapa! Brakowało nam jeszcze strajku!!

Pańkowicz sądził, że rozmowa skończona i żegnał się, bo przecie musiał jeszcze złapać przy telefonie inspektorów — urzędowanie kończyło się. Ale prezes miał jeszcze coś do powiedzenia.

— Panie! W dzień i w nocy proszę o wieści! W ostateczności będę błagał wojewodę o ratunek! Ale to w ostateczności, pan rozumie, nadużywać nie mogę! A teraz niech pan działa, łagodzi! Grozi! Ostrzega, tak, jak tam lepiej wypadnie... Słowem, zapobiega pan!... A ja pana przepraszam za niegrzeczność, ale wie pan...

— Ależ nic nie szkodzi, Panie Prezesie. Moje uszanowanie...

Z inspekcją tego dnia nie udało się już rozmówić, bo właściwy, obwodowy inspektor był na wizytacji, a okręgowy inspektor Kostrzewa od rana lustrował w powiecie roboty Funduszu Pracy.

Dopiero następnego dnia, z samego rana, Pańkowicz złapał Kostrzewę przy telefonie. Kostrzewa wysłuchał go i udzielił mu kilku praktycznych wskazówek.

— Cóż tam, od razu pietracie się tak, panowie? Może to i dobrze, bo wreszcie może zastanę pana Baczyńskiego w fabryce, jak będę miał czas wstąpić. Są żądania i co? Odrzuciliście? Prosicie o pośrednictwo?