— Jak pan dyrektor sądzi? Będzie do uwzględnienia?

Ta prosta, mało ceremonialna, a jednak wytworna w swej prostocie forma zwrotu, rzuciła Baczyńskiemu do głowy całą rozporządzalną krew. Malczyk przyglądał się mu jakby zdziwiony. Jednak Baczyński opanował się.

— Powiem wam — wymówił nieco stłumionym głosem — co myślę! To jest bolszewizm! Rządzić fabryką wam się zachciewa!! Majster, portier, usuwać robotników?! Gałkowskiego, własnego przedstawiciela!!! Cóż, może tedy zechcecie płacić moje bankowe i inne zobowiązania, gwarantować wykonanie obstalunków? Co, panie... Malczyk?

Zastanowił się nagle:

— Malczyk? To pseudonim, jak tam, pioniera?! Czy nazwisko?

Malczyk stał niewzruszony, on też obiecał sobie wielkie panowanie: nie uronić powagi delegata. Uśmiechnął się tylko nieznacznie w odpowiedzi na ostatnie słowa.

— Interesuje to pana dyrektora? Nie, to nie żaden pseudonim, to polskie nazwisko. Jestem spod Przemyśla. A fabryką rządzić nie zgłaszamy w tych żądaniach. Majster ten i portier fabryce chluby nie przynoszą, bo to musi pan dyrektor wiedzieć, że założyli tu sobie burdel, tylko, że dziewczęta tu nic nie winne i nic za to nawet nie dostają. To znaczy, owszem: dostaje paczkę firmowej włóczki i ma prawo przez tydzień spóźniać się do pracy o pół godziny, to już nie wiem, na koszt firmy, czy opiekuna! Na to mam zeznania robotnic zebrane. Więc czy to bolszewizm, panie dyrektorze, że takiego majstra nie chcemy?

Baczyński palił i pykał wściekle cygaro.

— Ani jednemu słowu nie wierzę! Same dziewki lecą na Zielnika, bo morus jest i wagę ma. A zresztą, jakby nie chciały, to co by im zrobił? Proszę? Ha?

Patrzył tryumfująco to na Malczyka, to na bladego Pańkowicza. Na to Malczyk odpowiedział znów bardzo spokojnie: