— To jest mus, panie dyrektorze. A jak odmówi, to za bramę! Przecie w majstrów to ręku. Dziewczęta przychodzą z domu prosić o przyjęcie do pracy, czasem nawet i rodzice proszą razem. To jest tak zorganizowane u nich, że portier odsortowuje lepsze, brzydkie pędzi precz, ale i lepsza dostanie się do pracy tylko wtedy, jak majstrowi powolna... pod tym względem...
Baczyński niespodziewanie wybuchnął głośnym, nerwowym śmiechem. Nie chciał tego; tak się jednak wyładowało napięcie nerwowe, opanowywana pasja i mitygowana, ale żywa, chęć dokuczenia delegatowi.
— A to byłby dopiero numer! — wykrztusił w tym śmiechu. — Musi pan, przecie i pan jest mężczyzną, przyznać, że to musi być wprost na podziw morus, ten Zielnik! Nie, nie. — powściągnął się nagle. — Ja tego wcale, całej tej organizacji nie znałem, no i sądzę, że tu dużo przesady! Wreszcie — był już całkiem opanowany i oglądał właśnie politurę na paznokciach — zrobię mu, owszem, uwagę, ale prawa do rządzenia się, wydalania, wyznaczania, to nie przyznam panom i stoję przy tym, że to: to już wszystko są wschodnie wpływy! Panie!!!
Wrócił do kartki z żądaniami i znów cały się rozczerwienił:
— Podwyżka, co u licha?! To niszczyć chyba chcecie warsztat pracy! W takim czasie! Odrzucam, stanowczo i bez gadania, nawet nie ma mowy! Odrzucam wszystkie żądania! Uwzględnię tylko co do tych akuratniejszych obliczeń przy wypłatach. A te inne, to szkoda gadać, panie Malczyk, musicie poniechać!
Patrzyli na siebie, Baczyński zadowolony, że tak pokojowo kończy z robotnikami, że zdobył się na tyle opanowania; Pańkowicz — w strachu, co z tego wyniknie, i Malczyk — niezmiennie, niewzruszenie spokojny. Tylko wybuch nagłej wesołości fabrykanta, gdy opowiedział mu o poniewierce dziewcząt w fabryce, na sekundę naruszył jego wewnętrzną równowagę, w sposób zresztą bardzo mało widoczny. Drgnęły mu tylko z lekka brwi, poróżowiały wpadłe, smagłe policzki, zmrużyły się oczy, siwe, twarde w wyrazie. Ale trwało to tylko sekundę. Wysłuchał spokojnie do końca i rzekł, odbierając kartkę z rąk Baczyńskiego:
— To też szkoda gadać, panie dyrektorze, bo wszystkie nasze żądania to są razem albo żadne. A my od żadnego nie odstąpimy.
Skłonił się i wyszedł. Baczyński latał po pokoju, mocno zakłopotany.
— Jak pan myśli, czy poważą się na strajk? Tyle kobiet, robotnicy przeważnie wiejscy...
Pańkowicz odpowiedział z pewną godnością: