— Może to i kiereńszczyzna, Panie Prezesie, ale zbyt długo łudziliśmy się i co do ich słabości, i co do naszej przewagi. To znaczy było tak, ale już tak nie jest. I skoro on ma na wszystko dokumenty, to wygrają i w inspekcji pracy!

Natychmiast po rozmowie z dyrektorem, w przerwie obiadowej, Malczyk zatrzymał wszystkich w podwórzu i zdecydowano ogłosić strajk. Zielnika, który pierwszy rozeznał się w sytuacji i pędził do kantoru uprzedzić, co się dzieje, Malczyk pochwycił w drodze i przytrzymał łagodnie, ale stanowczo za rękę.

— Nie radzę się śpieszyć, panie majstrze, bo nie ma po co. Za małą chwilę będziecie panowie mieli tu czasu garściami!

Musiał też Zielnik, choć zbladły, stać spokojnie przy Malczyku w podwórzu, bo Malczyk był silny i dobrze nań uważał. Zresztą naokoło byli sami robotnicy i ogólna temperatura nie sprzyjała rozwijaniu majstrowskiej energii. W ciągu dziesięciu minut zebranie zostało zakończone i robotnicy rozeszli się po fabryce zająć ją aż do uwzględnienia ich żądań.

Tak tedy rozpoczął się polski strajk, strajk okupacyjny w fabryce „Szpilka”.

W kantorze zapanował popłoch, Baczyński już był odjechał, ale Pańkowicz telefonował i powiadomił go. Baczyński oświadczył, że nie zjawi się do fabryki, póki robotnicy ją okupują; nie może narażać życia, ma żonę i dziecko. Malczyk jest oprawcą, pastwił się nad nim już w czasie rozmowy. Całość załogi — to wredny, głupi motłoch, udawali tyle czasu prorządowców; przecie ściskał ich brudne, choleryczne grabie na różnych akademiach. Niech to diabli! Zosia była zawsze mądrzejsza, bo nie dawała się nigdy zwieść ani nabrać motłochowi i zachowała dla nich określenie, zwięzłe i wdzięczne, importowane z kochanych kresów ukraińskich: „hadiuki”. Wprawdzie tam dziedzice i ich rządcy stosowali je do wsi, do chłopów ukraińskich, ale pani Zosia uważała, że to się doskonale dopasowuje również do polskiego ludu i to bez różnicy — chłopa czy robotnika w mieście. Hadiuki. To było trafne! „Hadiuki!” — wykrzyknął Baczyński w telefon, wpadając na to pyszne określenie.

— Nie przyjadę! Zamykaj pan kantor, powiadom wszystkich, zamykamy! Niech strajkują! Dzień, dwa posiedzą głodni i pójdą po rozum do głowy. A gdyby nie, no to już ja się zakrzątnę! Od czego ta inspekcja!

Ale Pańkowicz już wszędzie zdążył dzwonić. Robotnicy nie zwracali się wcale do inspekcji i strajk zapadł bez wyzyskania tej drogi. Zresztą i dyrekcja — wobec stanowiska Baczyńskiego — na tę drogę nie weszła. Można było i z tej strony zwrócić się do inspekcji, Pańkowicz pamiętał cały czas o tym, ale Baczyński powiedział mu już kilka razy, że Miernika nie ma, a z tamtym pyszałkiem nie będzie sobie psuł trawienia.

Kantor zamknięto, majstrowie opuścili fabrykę, zostali sami robotnicy. I wtedy portier, od razu się zmieniając, zwrócił się do strajkujących z propozycją prowiantowania ich podczas strajku. Stawiał wcale skromne warunki. Gdy zaś po krótkim czasie rodziny wiedziały już o strajku i zaczęło się donoszenie żywności, portier, jak poprzednio po majstra Zielnika, telefonował teraz z portierni po tego lub innego robotnika, żeby sobie zabrał swoje jedzenie i zobaczył się z żoną lub córką. Od portiera też wyszedł wniosek, żeby strajkujący obrali sobie dyżurnych dla tych posług, gdyż policjant nie pozwalał rodzinom gromadzić się pod fabryką. Kontakty więc skróciły się wnet do samego tylko oddawania portierowi paczki. Malczyk otrzymał od załogi dwóch pomocników i krążyli pomiędzy portiernią a załogą, donosząc żywność i niekiedy skąpe wieści. W takich jednostajnych warunkach ubiegło parę dni. Nie słychać było o żadnej zmianie; z dyrekcji nie zwracał się nikt. Zanosiło się na zwykłą walkę: która strona wytrzyma dłużej?

Robotnicy byli pewni swej słuszności i strajk ten przechodził moralnie w okolicznościach naprawdę krzepiących ducha. Załoga, dotąd niezwarta, rozbijana przez posunięcia Gałkowskiego i dyrekcji, dopiero w tej pierwszej zbiorowej akcji doznawała wspólnoty i nabierała tężyzny. W nocy podzielono się między dwie połowy fabryki: jedną zajmowali mężczyźni, drugą — kobiety. Zaledwie kilkanaście par, już złączonych lub sympatyzujących ze sobą i teraz zbliżonych przez wspólną walkę, układało się do snu razem, wybierając zaciszniejszy zakątek. W dzień natomiast byli ciągle wszyscy razem i więź braterstwa, koleżeństwa narastała między nimi po prostu z godziny na godzinę. Malczyk, pozbawiony swej Geni, która porzuciła pracę po przejściu z Zielnikiem, oddawał całą swoją młodą energię sprawie publicznej — podtrzymywaniu ducha towarzyszy i towarzyszek, omawianiu z nimi wspólnych bolączek fabrycznych i ogólnych robotniczych. W ciągu też paru dni z delegata, z którym sympatyzował ogół, urósł wśród nich do potęgi nie wodza (bo te kompleksy obce są środowisku robotniczemu), a najukochańszego człowieka. Nie było skargi i krzywdy ludzkiej, której by w tych dniach nie wysłuchał i nawet nie zanotował. Spełniał to wszystko z dużą, nad wiek, powagą i tak jakby w głębokim przeświadczeniu, że cały ten, bardzo obfity i jaskrawy materiał poniewierki i nędzy robotniczej będzie komuś potrzebny. Chodził też z kartkami, karteluszkami, które rozkładał sobie po kieszeniach; można go było zawsze widzieć, jak przystawał przy tej lub innej grupie kobiet czy mężczyzn, wysłuchiwał i notował bez końca.