Ogromny krok naprzód w zżyciu się, zbliżeniu, ujednostajnieniu dokonał się w związku z zupełnie jednolitą oceną byłego delegata Gałkowskiego. Teraz dowiedzieli się wszyscy, kim był ten człowiek i jak pracował na dwa fronty. Jackowski wciąż siedział jeszcze w więzieniu i gmatwano mu sprawę, ale dawno już prawie wszyscy robotnicy — chyba za wyjątkiem małych dziewcząt — rozpoznali się w nieszczerej służbie delegackiej Gałkowskiego.

— Toż to była taka robota, żeby z miejsca nie ruszyć! — mówili. — Obiecywał i załagadzał i przewlekał, a jak widział podejrzenie, to wtedy się zaraz brał niby energicznie do czyjejś sprawy, by wnet potem ją zostawić, jak tylko ten go z oka na chwilę spuścił. Taki to był i delegat.

Samorzutnie powstało też w tych rozmyślaniach porównanie delegackiej roboty Gałkowskiego do inspektorskiej Miernika. Nie to, żeby podejrzewano inspektora o tego rodzaju kanalijność, w jakiej żył Gałkowski, nie, robotnicy nie byli wcale pochopni do budowania tak krzywdzących a nieuzasadnionych podejrzeń, ale oceniano wyniki inspektorowania Miernika tak, jak wyniki delegactwa Gałkowskiego. Wreszcie jedna z młodych robotnic znalazła właściwe określenie i dla Miernika.

— No widzicie, on robił też stale na dwa fronty! — powiedziała. — Bo tak. Z urzędu, z pomysłu tych ustaw i w ogóle państwa, jak się ono tworzyło wtedy po wojnie, to taki inspektor musiał być niby urzędowym zastępcą robotników. W każdym razie dla robotników był ten urząd wyznaczony. To więc zawsze byłby jego obowiązek. A ten Miernik prócz tego, że bardzo licho nas bronił, to jeszcze więcej chronił fabrykanta, bo dawał posłuch na każde żądanie, darowywał mu wszelkie zaniedbania, choćby i prawne. I wszystkie nasze krzywdy, choćby najprostsze — to tak przewlekał, tak maglował, tak mitrężył jak i tamten szpicel!

Malczyk przysłuchiwał się temu i tak sobie myślał, że wielką zdobyczą jest dojść już do tak jasnego widzenia rzeczy.

Tak więc wzrastała i krzepła ich wspólnota — z rozpamiętywania wspólnych krzywd, z uprzytomnienia sobie dokładnie różnych przeszkód, różnych przeciwdziałań, jakie wyrastają na twardej drodze ich pracy i życia. Nie było też żadnej różnicy między nimi w tym, że zgodnie uważali za największe nieszczęście rozbicie sił klasy robotniczej, namnożenie się wielu związków, potrzebnych często organizatorom do celów osobistych, lub też dla osłabienia potęgi robotczej.

— Nie zmarnujemy tych dni tutaj — mówiły kobiety. — Za41 trzy lata należenia do związku tyle nie zrozumiałam naszych spraw, co tu za te trzy noce.

VI. Ta noc...

Podczas gdy robotnicy fabryki „Szpilka” strajkowali, w niektórych urzędach powstało zaniepokojenie. W formie krótkiej syntezy, błąd i cała dramatyczność położenia wynikła stąd, że podczas gdy we właściwym urzędzie ochrony pracy (inspekcji pracy) zainteresowanie faktem strajku okupacyjnego w fabryce „Szpilka” było o wiele za słabe, za bardzo akademickie, w urzędzie pośrednio tylko stykającym się ze zjawiskiem pracy ludzkiej, poprzez bezpieczeństwo, zajęto się tym zbyt gorąco i pod zupełnie niewłaściwym kątem widzenia.

Strajki okupacyjne w Polsce mnożyły się już od czterech lat i w pierwszych dwóch latach, gdy na tle kryzysu rozkwitało bujnie łamistrajkostwo — stawały się jedyną możliwą formą obrony żądań ekonomicznych i walki o poprawę warunków pracy. Ze strajku normalnego, zwykłego, bez okupowania fabryki, fabrykant mógł sobie śmiało kpić, gdyż zazwyczaj nazajutrz potrafił uruchomić fabrykę przy nowej pełnej obsadzie z wczorajszych bezrobotnych. Ale w miarę przedłużania się kryzysu całe zjawisko mocno się zmieniało. Ponad chęć i konieczność walki o poprawę aktualnych warunków pracy, okupujący fabrykę robotnicy bywali zmuszeni wydźwignąć bohaterską walkę o istnienie samego warsztatu pracy. Bywał on bowiem przeznaczany przez kapitalistę (spółkę) do zgaszenia z powodu zmniejszonych zysków lub też z powodu międzynarodowej solidarności kapitału, gdy np. spółka kazała tu gasić, otwierając po drugiej stronie granicy (sprawy śląskie i zagłębiowskie), z powodu więc międzynarodowych interesów pochodu faszystowskiego. Ten dla własnych politycznych celów potrzebował pozornych dowodów wobec mas, że tam, gdzie już panuje bezkompromisowy faszyzm, bez żadnych fartuszków wstydliwości (np. w Trzeciej Rzeszy), tam można pełnymi garściami mieć pracę. Otóż ta walka robotników w ustroju kapitalistycznym w obronie warsztatów pracy przeciw chęci ich właścicieli, walka, płonąca epopejami tej miary jak „Klimontów”42, „Szczęście Luizy”43 i tyle innych, ta walka stała się zrozumiałą i bliską całemu nieposiadającemu społeczeństwu i w jej ogniu tajać poczęły szeregi łamistrajków. Tak też się stało, że w owym drugim dwuleciu polskich strajków, strajki te nie miały już tego ograniczonego znaczenia, jakie w wywiadzie swym przyznał im kierownik polskiej inspekcji pracy (pogląd spóźniony o całe dwa lata); urastały natomiast do znamion walki, prowadzonej przez proletariat już z samą istotą złego ustroju; walki, kwestionującej prawo właściciela do swobodnego rozporządzenia swym warsztatem pracy, mianowicie rozporządzania ku krzywdzie społeczeństwa. Tamten pierwotny cel — zagrodzenia drogi łamistrajkom-bezrobotnym w nowych warunkach niesłychanie szybkiej odbudowy solidarności robotniczej — przestawał już być w przeważającej ilości wypadków aktualny: w wielkich ośrodkach przemysłu polskiego wszystkie niemal strajki w ostatnim roku były wygrywane przez robotników, gdyż fabrykant nie znajdował już chętnych do łamania akcji strajkowej.