W interesującym nas województwie strajki okupacyjne nie były też żadną nowością i statystyka inspekcji pracy nie notowała tu żadnych w związku z tym konfliktów i ofiar, z wyjątkiem jednego wypadku, gdzie całkowitą odpowiedzialność za postradanie życia przez kilku robotników ponosiły centralne, nie zaś miejscowe władze. Siedzący od lat na tym terenie wojewoda, zapewne „niemodny”, człowiek raczej starodawnej daty, posiadał głęboką uczciwość społeczną, pojmował konieczność walki robotników o poprawę warunków ich pracy i niewątpliwie nawet współczuł tej walce w głębi swego serca. Zewnętrzny wynik takiego ustosunkowania się do zjawisk pracy wyrażał się w polityce pokojowego załatwiania wszelkich zatargów i niewpuszczania na ten teren pobocznych politycznych rozgrywek. Strajki okupacyjne, trwające nawet po kilka tygodni, traktowano jako walkę pomiędzy dwiema stronami i władze — jeżeli wkraczały — to w charakterze pośrednika, pragnącego pomóc przy załatwianiu konfliktu i przyczynić się choć w małej mierze do poprawy bytu pracujących. Wraz ze zmianą wojewody ta długo pielęgnowana polityka uległa załamaniu. Wprawdzie bezpośrednia możność ingerencji pozostawała zasadniczo w rękach inspektora pracy, ale Kostrzewa wyczuł od razu odmienną linię władz administracji ogólnej i — ulegając oportunizmowi — mógł wypuścić ze swych rąk w tym wypadku wszelkie cugle, jak to właśnie miało miejsce w tym wypadku.

Gdy robotnicy fabryki „Szpilka” rozpoczynali czwarty dzień swego strajku, wojewoda został w najmilszej chwili beztroskich kroków tanecznych (z towarzyszeniem umiejętnych przyciskań pani Zosi) zaatakowany przez uroczą tancerkę od strony problemu tego strajku. Zrobiła to tak.

— Ach, ten taniec dziś, panie wojewodo, był już mi po prostu psychicznie konieczny!... Kojąco działa... Przez cały dzień ma się tyle strasznych przykrości, to okropne zdenerwowanie mego męża, cały ten tam polski strajk u nas!

Wojewoda roześmiał się:

— Znalazła też pani czym się denerwować! Cóż pani ma tam do takich głupstw! Mała rzecz!

Taniec skończył się i odeszli do stolika, który zajmowali tego dnia we dwójkę. Pani Zosia uważała za niewskazane prowadzić dalej rozmowę. Ale w pauzie między tańcami niespodziewanie dla pani Zosi, aż krzyknęła! Wszedł na salę jej mąż.

— Bronek!!! Co ty? Czy pan wojewoda pozwoli?

Oczywiście pan wojewoda pozwolił Baczyńskiemu się przysiąść. Nawet zapytał go sam:

— No cóż tam, strajkuje pan? Czemu pan nie kończy?

— Niestety, panie wojewodo, to się całkiem wymknęło z naszych rąk.