Baczyński miał przy tym minę tak zdemolowaną, jakby przeszła po niej spacerem cała strajkująca załoga. Wojewoda zmarszczył nos. Okropnie nie lubił tragedii w ogóle, rozmiękłych ludzi, a w szczególności, gdy mu przeszkadzano odetchnąć chwilę po pracy urzędowej. Powiedział też dość kwaśno:
— No, nie umie, pan sobie radzić!! Robotnicy u nas nie chcą nic innego, jak pracować i jeść. Przy tym muszą należeć przecie do związków, czyż nie ma pan tam Korzeniowskiego, Mitka itd., żeby z nimi pogadali, i z panem, i zakończyć ten interes!
Baczyński ożywił się.
— Ależ panie wojewodo, czyż ci ludzie utrzymają co w ręku?! Przecie oni tylko to robią, że się przelicytowują z czerwonymi! Zresztą moi robotnicy przed strajkiem wszyscy przeszli do opozycji! Ale owszem, dzwoniłem dziś, mówiłem z Mitkiem, prosiłem go żeby wpłynął, bo przecie tak z dnia na dzień nie stracili wszystkich swoich wpływów u mnie; pełno tam mają strzelców44 i peowiaków45. To wie pan wojewoda, co mi ten Mitek powiedział?! Że zbieram owoce własnego postępowania z robotnikami w mej fabryce i że nie takie jeszcze powinienem mieć przykrości za wszystkie krzywdy, które się tam działy!! Rzuciłem słuchawkę, bo doprawdy; no, wiem, to zasłużony człowiek! Nie chciałem nagadać mu ostatnich głupstw!
Wojewoda nie rozchmurzał twarzy, bo rozmowa irytowała go, a przy tym grali już do tańca.
— Mitek to legionista, podoficer i prorządowiec. Musiał pan mu czymś dopiec. No więc likwiduj pan ten cały strajk z kim chcesz; masz pan przecie inspektora pracy!
Baczyński zdobył się na odwagę.
— Panie wojewodo, wiem, że to nietakt, zajmować tym pana wojewody drogocenny wolny czas. Ale czy mogę prosić o posłuchanie jutro z rana w biurze? Mam pewną prośbę, a okoliczności tam u mnie... Bo to panie wojewodo, niby to mój prywatny interes, ale tuszę46, że tu i państwo może się uczuć zainteresowane.
Wojewoda nie lubił żadnego, ale to nawet cienia, najdelikatniejszego pouczania: jakby sam mógł czegoś nie dostrzegać lub nie ułowić we właściwym czasie. Odpowiedział też szorstko, jednocześnie prosząc już panią Zosię do tańca:
— Służę panu, tak koło jedenastej. Nie widzę tu wprawdzie nic szczególnego, znam to wszystko na pamięć i lepiej od każdego z panów. Bywaliśmy we wszystkich ruchach społecznych! Do widzenia.