Baczyński bał się, że się mu naraził natręctwem i wychodząc, posłał błagalne spojrzenie żonie. Wojewoda zapominał już o niemiłej rozmowie, kołysząc się w takt przecudnej melodii slow-foksa47 i zajęty upasowywaniem piersi i brzuchów do siebie wzajem i do taktu. Pani Zosia taktownie wyczekiwała, dokazując cudów w wynikach tego dopasowywania. Gdy zaś wrócił już nastrój błogiej beztroski, ciepłej, pogodnej, wygodnej i kojącej, szepnęła, przytulając przelotnie lewy policzek do podbródka wojewody:
— Ja przepraszam... za siebie i za męża... bardzo...
To „bardzo” rozpływało się w bardzo przyjemnym dreszczyku, jakiego doznawał właśnie wojewoda. Wywdzięczył się też jej za cudną chwilę po męsku:
— Nie ma za co przepraszać, pani Zosiu. Zlikwiduje się!
Zapanował obopólny czar o takim nasyceniu, że po prostu nie umieli rozstać się tego wieczoru: zdawało się im, że muszą się przemocą oderwać. To właśnie działała tak moc wojewody...
Z rana, wcześniej niż zwykle, wojewoda kazał rozmawiać z inspektorem Kostrzewą. Zamierzał sam z nim mówić. Ale tamten właśnie mówił z Warszawą, a gdy potem Kostrzewa łączył się z wojewodą, do wojewody znów dzwoniło inne miasto. W międzyczasie wojewoda dał już polecenia.
Niech inspektor wystąpi o delożowanie48 robotników w fabryce „Szpilka”, ze względu na niemożność zlikwidowania zatargu normalną drogą i niebezpieczeństwo przeciągania i mnożenia tych okupacji, podniecających robotników.
Wojewoda kazał zaznaczyć, że woli mieć na to wniosek inspektora pracy. Kostrzewa, o którego oparł się ten telefon i obwodowy inspektor pracy, nie odważający się bezpośrednio mówić do wojewódzkiego telefonu — znalazł w sobie odwagę odmówienia wręcz tej propozycji. Wyjaśnił, że takie strajki nie są w województwie żadną nowością, nigdy nic groźnego stąd nie wynika, władze bezpieczeństwa mogą się wcale tym nie zajmować. Poza tym strajk trwa zaledwie od paru dni, jakaż tedy zachodzi konieczność takiego wkraczania? W ogóle zaś — zaznaczył — tego rodzaju mieszanie się do strajku wcale nie było jeszcze w województwie praktykowane i może doprowadzić do znacznego wzburzenia robotników. Gdy urzędnik zaraportował wojewodzie to wszystko, ten przerwał niecierpliwym ruchem ręki:
— To jakiś pyszałek, ten Kostrzewa! Nic mnie nie obchodzą jego filozoficzne wywody, ja mam lepsze studia za sobą. Spytaj go pan, czy ze strony robotników wyczerpane były wszystkie legalne drogi? Nic więcej mnie nie interesuje.
Urzędnik bardzo uprzejmie — ze swego telefonu — powtórzył w ten sposób: