— Dlaczego nie odpowiadasz? — spytał Baczyński, szczypiąc ją leciutko w kark.
— Nie przeszkadzaj mi — odrzuciła — bo marszczę skórę, jak otwieram usta.
Przekora kobieca wzięła jednak górę, bo nagle odwróciła się i powiedziała:
— Już mi przeszkodziłeś; teraz już idź! A co do tej sprawy, to wcaleś jej nie załatwił, tylko, jeśli o to chodzi, to ja. Czego robisz takie oczy?! Oczywiście tak. Dzięki memu taktowi i wyrobieniu towarzyskiemu! To się, mój drogi, wynosi z domu, z dzieciństwa. No, wyjdź.
Pani Zosia wyszła z domu, a Baczyński aż do chwili otrzymania wiadomości — w nocy — kładł pasjansa: wyjdzie czy nie wyjdzie? Wydali robotników czy w ostatniej chwili się cofnie? Pójdzie już jutro fabryka czy nie? Pozwolą mu wyrzucić Malczyka i innych komunistów, czy nie i tam dalej, tam dalej. Z przerwą na kolację rozłożył do chwili otrzymania wiadomości — o godzinie drugiej w nocy — sześćdziesiąt cztery pasjanse.
Wojewoda, syt decyzji i poczucia własnej władzy, po południu wyjechał na kilkanaście godzin przewietrzyć się. Dużo zwykł brać na siebie, po prostu wszystko: potrzebował też chwil odprężenia.
— Dla innych brydż lub dobra książka: refleksyjne, statyczne natury: ja jestem ruch! Ruch! Dynamika! I wszyscy jesteśmy potrzebni!
Wojewodzina po południu miała parę osób (małe gronko) na kawie. Ktoś zagadnął ją o męża, urzędowanie, mnożące się strajki.