— On z tego wyjdzie — powiedziała z przekonaniem. — Właśnie on i tylko on. Państwo wiedzą, że nie jestem żadnym echem mego męża, mam własne upodobania i swoje życie. Ale doceniam jego zdolności. On i tu z tych rzeczy wyjdzie zwycięsko, jak wychodzi zawsze. To jest walka ze wschodnimi wpływami. To może być straszne i niepewne w wyniku tylko na naszych wschodnich kresach, bo tam wpływa i na nas, chcę powiedzieć: na naszą administrację, wschodnia dzikość sąsiadów, barbarzyństwo. To przecież nawet odbiło się na tych różnych metodach na prowincji, że trzeba było rozpędzać tam całe urzędy śledcze! Ale tu — zachód, inna gleba; a mój mąż — wprost jakby stworzony do porządkowania, oczyszczania atmosfery, jest takim wybitnie zachodnim człowiekiem.

Wszyscy uprzejmie potakiwali, ale niejeden chował (na te pół godziny) do kieszeni niepokój i wątpliwości bardzo zasadniczej natury, czy aby ten zachodni człowiek nadaje się na tym zachodzie do oczyszczania atmosfery. Umiejętność niemówienia nikomu tego, co się dokonywa właśnie pod czaszką — doszła już wśród inteligencji do takiej doskonałości, że takie „chowanie do kieszeni” należało po prostu do obowiązków dobrego wychowania.


Inspektor pracy Kostrzewa nic nie przeczuwał tej nocy. Zalatany, w ciągłych rozjazdach służbowo-społecznych i wprost społecznych powrócił tego dnia do domu późnym wieczorem i od razu położył się spać. Nawet nie czytał, tylko zaraz zgasił lampę, rozmyślając nad tańszą kalkulacją drogi kostkowej w jednym z powiatów województwa. Drogę tę budował Fundusz Pracy; Kostrzewa zajmował się, prócz inspekcji, Funduszem Pracy i tam wkładał maksimum swej energii, uzasadniając to tym, że wkładać należy więcej energii tam, gdzie można dokonać więcej pożytecznych rzeczy. Ostatecznie miał w tym sporo słuszności; a co było dlań najważniejsze, znajdował w tym uspokojenie moralne i niejako rozgrzeszenie zaniedbań, jakie krzewiły się na odcinku ochrony pracy. Nagabywany niekiedy przez starych przyjaciół, bronił się bardzo skutecznie. Mówił:

— Warunki pracy są złe, zabagnione i zaniedbane w całej Polsce. Wiecie o tym równie dobrze, jak i ja. Przyczyny? Są ogólne, a prócz kryzysu, słabości organizacji robotniczych są i inne, wewnątrzresortowe. Więc na tym inspekcyjnym odcinku może odrobinę, a i to wątpliwe! — polepszę stan ochrony pracy, a tam — na tamtym odcinku, gdy włożę tyleż energii i czasu, na pewno zatrudnię sporo ludzi, dam im jeść i zarobić parę groszy, podźwignę ich z ostatecznej rozpaczy! Połóżcie te dwie rzeczy na wagę.

Dlatego też i owej nocy Kostrzewa wolał myśleć o kalkulacji drogi niż dopuścić do swej świadomości to, co działo się w fabryce „Szpilka”, a co po dzisiejszych rozmowach z urzędem wojewódzkim skurczyło się w nim do małego, kłującego niepokojem, punktu: kwestii wyrzucenia robotników z fabryki przemocą. Przelotnie tylko, zasypiając, musnął tę dokuczliwą kwestię i zasnął z myślą: „Zrobiłem, co należało. Ostrzegłem! A robotnicy powinni byli jednak do mnie się zwrócić! Narzucać swego pośrednictwa nie mogę! Nie obliczam na jeden tydzień urzędowania. Nie mogę mnożyć wa-a-dliwych sposo...” Tu zasnął.


A robotnicy?

Nie podejrzewali nic. Lojalność portiera w pośrednictwie pomiędzy „stacją żywienia” strajkujących, to jest ich rodzinami a nimi wyczerpywała się w wykonywaniu tej obsługi bez reszty. Obsługa ta dobrze kalkulowała się Zielakowi, bo rodziny, supłając ze schowków, wydobywały miałkie grosze lub trochę „natury”, gdy szło o rodziców ze wsi. Były to drobne datki, dateczki, ale mnożone przez czterysta — coś dawały.

Posunąć się w lojalności względem robotników aż tak daleko, żeby uprzedzić ich o wizytach obcych policjantów, o tym Zielak nawet nie pomyślał. Służył panom przez całe życie i nauczył się rozumieć, że w końcu pan zawsze był górą. Ta nauka była twarda, kosztowała go w życiu wiele guzów dosłownie i w przenośni, ale zapamiętał ją sobie i przyswoił w tym sensie bardzo mocno. Był przy tym związany pobocznymi dochodami „od dziewcząt” solidarnością i „organizacją pracy” z majstrem, nieraz i z majstrami innych oddziałów na różnych odcinkach posług; pojmował doskonale, że to wszystko nie mogłoby trwać i rozwijać się jak teraz, gdyby nastąpiły jakieś rządy Malczyka czy Mitka. Dlatego też ukrył, nawet umiejętnie zamaskował przed robotnikami zakaz podany mu przez policję o wczesnym popołudniu pewnego dnia, żeby nie dopuszczać do żadnego widzenia robotników z rodzinami i zaniechać już przyjmowania żywności.