Załoga strajkowała piąty dzień i trzymała się bez zarzutu. Malczyk z dumą i radością stwierdzał — miast słabnięcia — wzrastanie nastrojów. Przez te pięć dni pierwszej wspólnej zbiorowej akcji wytworzyło się już nie tylko zwykłe koleżeństwo, ale bardzo dużo wzajemnego zaufania i serdeczności. Tym niemniej były pewne względy, dla których Malczyk bardzo chętnie widziałby jakiś zwrot ku nim ze strony dyrekcji fabryki. Wśród kobiet nie wszystkie były mocne i zdrowe, jedna była poważnie chora. Było kilka młodych kobiet w ciąży i dla tych warunki noclegu w fabryce, ciągły stan naprężenia i zdenerwowania były wprost szkodliwe i odbijały się z każdym dniem gorzej na ich wyglądzie i samopoczuciu. Ukrywały to bardzo starannie przed delegatem: „Serdeczny chłop! — mawiały. — Że też to jeszcze troszczy się o kobiety w takim położeniu! Oj, wybrałaż sobie Genka los, to wybrała!” — wzdychały. Malczyk nazywał je „moje mamusie” i otaczał je specjalną uwagą i opieką. Wyznaczył sobie do pomocy młodą robotnicę, mężatkę, Danutę Pawełkową, żeby go przy tej opiece wyręczała lub uzupełniała. Wyjaśnił jej na stronie, że „mamusie” mogą mieć takie różne swoje dolegliwości i potrzeby, o których będzie im nijako mówić z mężczyzną.

— Choć i ja mam żonę w takim stanie — mówił — ale zawsze dogodniejsze będzie tu wasze pośrednictwo!

Danuta podziwiała jego delikatność, zupełnie — jak mówiła — „niepodobną do chłopa!”

Poza tym tego ostatniego dnia Malczyk rozpoznał przez okno (w jednym z oddziałów okno z kantoru majstra wychodziło na ulicę), prócz Genki, z którą się stale przez okno pozdrawiał, Mitka, chodzącego wraz z Genką po ulicy. Wcale nie patrzyli w jego okno, choć przecie zawsze wypatrywała za nim oczy. Okno było wysoko, na czwartym piętrze, fabryka stała głęboko w podwórzu, tak iż nie słychać było żadnych słów, a i rozpoznać się można było tylko z daleka. Malczyk zrozumiał jednak z ich gestów, z ich latania tam i z powrotem po ulicy, że coś ich absorbuje. Poznawał też od czasu do czasu jakąś znajomą postać, kogoś z rodzin robotników. Widział, jak Genka i Mitek usiłowali dostać się do fabryki i w pewnej chwili zbiegł nawet do portierni, sądząc, że portier ich wpuszcza. Jednak portier (było to już po godzinie siódmej wieczorem) oznajmił mu, że ma zakazane wpuszczanie do strajkujących kogo bądź, że był tu osobiście dyrektor i stanowczo mu zabronił.

— Panie Malczyk — prosił — niech pan mnie nie naraża, niech pan ode mnie tego nie żąda, bo przecież pan mnie nie poratuje, jak on mnie wyrzuci!

Malczyk miał wstręt do portiera i wolał odstąpić od prób widzenia niż prosić lub namawiać Zielaka. Wrócił do swego okna i wtedy zobaczył, że Genkę i Mitka zatrzymał policjant i że długo, z ożywieniem o coś się spierali. Genka w końcu spojrzała w okno, zamachała do męża ręką i wołała coś, ale nie mógł dosłyszeć. Odeszli potem wraz z policjantem. Malczyk stał jeszcze długo w oknie w nadziei, że wrócą, ale już ich więcej nie widział. Tylko dostrzegł jeszcze później, że policjanci odganiali inne żony lub mężów nawet z tamtej strony ulicy, naprzeciw fabryki, czego dotychczas nigdy nikt nie robił. Wystawał przecie po kilka godzin przy tym oknie od kilku dni i wiedział dokładnie, jak to przedtem było. Musiało tedy przyjść jakieś nowe, surowe zarządzenie. Ale czyje? Malczyk nie mógł tego wykombinować: chyba z policji? „Czy to nie Gałkowskiego robota? — mignęło mu w głowie. — Czy nie wywołuje jakiej prowokacji?” Był jednak zbyt solidny z natury, choć młody, żeby się dzielić z kimś swoim odkryciem lub przypuszczeniem i ludzi straszyć. Po to był delegatem, ich człowiekiem zaufania i związku, żeby brać zawsze na siebie większy ciężar. Odszedł więc od okna i po krótkim czasie zarządził układanie się do snu. W dzień było dość czasu na rozmowy, trzeba było oszczędzać siły i przynajmniej porządnie się wysypiać. Poszli tedy wcześnie spać.


Nikt nie wiedział potem w nocy, jak się wszystko zaczęło. Malczyk obudził się od szarpnięcia, otworzył oczy, nad nim stało trzech policjantów i portier.

— To ten — powiedział Zielak. — To główny buntownik; choć niby strzelec — komunista. Delegat ich, Malczyk.

Władek wstał i od razu przytomniejąc, zapytał: