— O co chodzi, panie przodowniku?! My tu swoim prawem strajkujemy.
Przodownik skinął na policjantów.
— Pogadasz w innym miejscu — powiedział. Odprowadźcie go na stronę i trzymajcie w portierni, żeby tu nie agitował!
Policjanci, szarpiąc go i szturchając, popchnęli przed sobą na korytarz i na dół, ze schodów. Rozejrzał się: dziesiątki policjantów, jakichś nieznanych, bez żadnych numerów, strasznie nasrożonych i rozjuszonych, zrywało śpiących robotników i wypychało ich z hal. Zdążył krzyknąć jeszcze tylko głośnym, raźnym głosem:
— Spokojnie, towarzysze! Spokojnie! Nie poddawać się żadnej prowo...
Nie dokończył, bo prowadzący go policjanci dali mu jak na komendę, z jednej strony w ucho, z drugiej w bok. Ogłuszenie w lewe ucho odebrało mu na chwilę przytomność umysłu, ale ocknął się natychmiast, wsparty o ścianę na schodach i wtedy porwał się na policjantów. Złapali go w kilku za ręce i ściągnęli na dół, pod schody.
Malczyk ocknął się — nie wiedział po jakim czasie — już sam. Zbudziły go straszliwe, rozdzierające krzyki kobiet. Nie mógł jednak wcale wstać: był potłuczony, był jakby pijany. Bolały go strasznie piersi i bok, skopane przez policjantów.
U kobiet policja musiała brać się ostrzej. Mężczyźni, budzeni brutalnie ze snu, nie rozpoznawali od razu, dawali się wypychać. Niektórzy widzieli, jak uprowadzono — domyślali się, że bito — Malczyka. Kilku wybiegło za nim na schody:
— Nie dać delegata!!!