I dostawało zaraz po twarzach, piersiach, brzuchach, kolanach od policji.
— Masz za wasz front! — wołali policjanci. — Rewolucji wam się zachciewa? Żydowskich Sowietów? To macie!
Tak rozproszyli się mężczyźni; przytomniejsi nawoływali krótko słowami Malczyka:
— Spokój, spokój, towarzysze! To prowokacja! Tu setka policji z bronią! Spokojnie wychodzić, nie dać się wytłukiwać!
Wychodzili; przodownik, stojąc przy wejściu na schody główne, po których każdy musiał przejść, liczył ich i popędzał do wyjścia.
U kobiet — zgodnie ze złym przeczuciem Malczyka — zdarzyła się gorsza bieda. Kobiety kwaterowały po drugiej stronie fabryki i nie słyszały budzenia oraz wyszturchiwania mężczyzn. Z mężczyznami już było wszystko załatwione, wypuszczano już ich spokojnie po dwóch na ulicę, kiedy z oddziałów kobiecych przedostały się straszliwe krzyki, wywołując z omdlenia Malczyka. Kobiety, budzone nagle ze snu, spadały ze stołów, przewracały się, krzyczały. Nie chciały ustąpić. Policjanci, z początku raczej zaintrygowani tym niespodziewanym oporem kobiet (gdy u mężczyzn wszystko poszło prawie gładko), wypychali je i zeszturchiwali ze stołów trochę żartobliwie, chwytając przy tym czasem młodsze za okrągłe części ciała. Ale nagle ten opór rozwścieklił jednego z nich. Kobietę, która nie chciała iść i trzymała się oburącz stołu, kopnął mocno z tyłu, aż z jękiem bólu upadła na stół. Prawdopodobnie w popłochu nie widział, że była to właśnie jedna z ciężarnych. Rzuciły się ku niej bliżej stojące robotnice, a Danuta Pawełkowa ogarnęła ją ramionami, widząc, że się słania i słabnie. Policjant dał tedy Danucie po rękach, ale nie trafił na strachliwą, bo krzyknęła mu:
— Katuj! Katuj, ale mnie, nie ją! Nie widzisz to, że ona już matka!
Lament wybuchł w innym miejscu sali.
— Zabili, zabili Strączakową!! — krzyczały dziewczęta, a policjanci chwytali je za warkocze, szarpali za suknie i pchali precz z sali. Na podłodze, w opróżnionym miejscu, w strasznych podrygach rozbijała się epileptyczka. Rozrzucone jej ręce i nogi biły w podłogę drobnym, strasznym, sztywnym biciem, całe ciało podskakiwało i trzęsło się, żeby się wreszcie wyprężyć, jakby już umierała. Na zsiniałych, strasznych ustach pojawiła się obficie biała piana. Był to atak. Kobieta ta miewała czasem, słabsze wprawdzie ataki, teraz w tej chwili przyszedł silniejszy. Bratanica jej, mała dziewczyna, przyjęta na praktykę, krzyczała dziko: