— Przykryć ją! Zabójcy!! Przykryć trzeba!! Głowę unieść!! Rozbije głowę! Głowę!
I zaniosła się spazmatycznym płaczem. Zrobił się istny rumor. Dwóch policjantów ułożyło na stole młodą ciężarną robotnicę, która zemdlała. Druga — ta uderzona przy stole — siedziała, otoczona przez kobiety i dyszała ciężko. Wyglądała tak, że przodownik, który nadszedł na krzyki, kazał telefonować natychmiast po karetę pogotowia.
— Jeszcze się tu zaczną rozsypywać; tego tylko brakowało! — dodał.
Epileptyczkę wreszcie przykryto. Wyprowadzano zdrowe. Prawie wszystkie kobiety coś przeszły, wynosiły sińce, kopnięcia, ale niewiele z nich płakało. Większość miała usta zawarte, jak wieka, oczy fosforujące. Przodownik (jakiś obcy, nikt go nie znał w tym mieście) mówił za nimi:
— Histeryczki, kurwy, awanturnice, komuna psia mać!
Danuta odwróciła się, poczuwając się poniekąd — z podbitym okiem i przetrąconą ręką — do części obowiązków delegackich, zleconych jej przez Malczyka i powiedziała głośno, dobitnie:
— A ty — kat! Katujesz bezbronnych ludzi i baby!
Wiedziała dobrze, że musi za te słowa zapłacić i czekała: nie ujdzie im przecie. Ale przodownik spojrzał na nią z krzywym uśmiechem i powiedział półgłosem do szeregowego obok:
— Tę sprowadź osobno i zaczekaj z nią na dole. Weźmiemy ją, w razie czego, na przesłuchanie. To para do delegata.