— Zdaje się, że mogę iść... — postąpił parę kroków. — Głowę mam stłuczoną czy co? — nie mógł się połapać.
— Głowę to masz już kupioną, przez Żydów, za dolary, żebyś Polskę sprzedawał! — zadowcipkował przodownik.
— Tak jest, święta prawda, panie przodowniku! Oni tu tak wszyscy! — sekundował mu Zielak.
Przodownik namyślał się i niespodziewanie zdecydował:
— No to panie delegacie, zbierać się do kupy i marsz do żony pod pierzynę!
Malczyk, słaniając się z lekka, podążył ku wyjściu. Wychodził już chyba ostatni.
Na ulicy zakręciło mu się w głowie. Było pusto. Robotnicy musieli się śpieszyć do domów. Zamroczyło go już kilka kroków za fabryką i wsparł się o mur. Coś strasznie kłuło pod żebrem, chlupało w piersi, huczało w głowie... Czuł, że się osuwa na ziemię, i osunął się w ramiona Mitka. To on i Genka (domyślili się wszystkiego) czuwali całą noc w pobliżu, teraz od godziny, z duszą na ramieniu, wyczekiwali jego zjawienia się. Przeszli już bowiem wszyscy mężczyźni, odjechała karetka pogotowia z rannymi kobietami; pytani o Malczyka, mówili: „Oj, aresztowany! Oj, najpierwszy dostał! Oj, pobili go!”
Genka, zalana łzami, które, jak płomień gorące, schły na twarzy, cała skrzepła, z dzieckiem, skaczącym wściekle we środku jej ciała, czekała dalej. Gdyby nie Mitek, nie jego straszliwa wierność i siła, nie mogłaby już dłużej tak stać. I wreszcie... podnosili teraz oboje Malczyka. Zobaczył ją. Łzy jej zalały mu skrwawioną twarz, a usta jej, suche jak słoma, biegały oszalałe po tej jego twarzy, tak bardzo kochanej. Klęczała przy nim na ulicy, zapominając o wszystkim.
— Czy ty żyjesz, Władek? — szeptała nierozumnie. — Czy masz wszystko całe? Oczy? Nogi?! Nie zrobili ci nic gorszego?