— Jezus, Maria! — wykrzyknął. — Pan Malczyk! Skatowali go!
I ze zgrozą na starej, zoranej twarzy wyciągnął do góry zaciśniętą pięść.
— Pomóżcie nieść, panie Wincenty — poprosiła Genka, płacząc. Świtało już dobrze i widziała teraz dokładnie zemdloną, skatowaną twarz Władka.
Gdy stróż z Mitkiem złożyli Władka na łóżku i zdjęli mu buty, w jednym z butów było pełno krwi: noga była strasznie rozbita w kostce, widać od kopnięcia. Był zresztą teraz znów całkiem bez czucia. Rozbierali go więc delikatnie: cały pobity, na prawym boku miał jakiś niesamowity siniec i ogromną opuchlinę.
— Żebra! — szepnął stary. — Czy tylko żebra całe? Pani Malczykowo, może skoczyć po jakiego lekarza?
Mitek powiedział:
— Dziękujemy wam, ja sam zaraz tu lekarza przywiozę.
Zabierał się też zaraz iść, kiedy Władek otworzył znów oczy.
— Jasiu, ty idziesz? Nie odchodź!
Spojrzeli, zdrowi, po sobie, a Mitek przysiadł zaraz przy łóżku w kucki: