— No cóż, Władziu, przytaszczę ci jakiego eskulapa50, żeby cię narychtował, jeżeli tam co puściło... Zaraz duchem51 będę z powrotem. Nie odejdę dziś od was nigdzie.
I wtedy Malczyk, wielkim wysiłkiem woli przemagając słabość i ciągłe mdlenie, z kołującymi płatkami przed oczyma, wymówił powoli:
— Żeby ci, braciszku, nie robili tam o mnie kwestii, że zajmujesz się!!! Bo że nie jestem już w waszym związku...
Zmrużył przy tym oczy do przyjaciela tak żałośnie, jakby go za coś miał przepraszać. Mitkowi cała krew lunęła do twarzy.
— Daj sobie spokój, Władku — powiedział twardo. — Jestem, będę z tobą zawsze w jednym związku! A na ten znak... — tu szarpnął z klapy marynarki swoją odznakę „za wierną służbę”, z którą się nigdy jeszcze nie rozstał — Ona tu z tobą, w tym domu zostanie! Tu mego krzyża i nasze miejsce!
VII. Ten ranek...
Pomiędzy tą nocą a rankiem, w którym zaszły dalsze, tragiczne już, wypadki, minęły dwie długie doby, w ciągu których było może jeszcze częściowo do odrobienia (w rachunku społecznym) fatalne wrażenie owego „delożowania” robotników. Zdawało się też, że będą po temu czynione pewne kroki. Gdy Kostrzewa z rana zjawił się w biurze, niedługo czekał na telefon wojewody. Ale jeszcze przed tym telefonem dowiedział się o zajściu, gdyż czekały już na niego delegacje obydwu związków: byłego i aktualnego opiekuna w fabryce „Szpilka”; czekało kilkudziesięciu robotników z tej fabryki, a prócz tego — mężów i ojców pobitych kobiet, przebywających w szpitalu. Nie mógł wejść do gabinetu, pomimo obznajomienia z okolicznościami podobnych zdarzeń. Zwykle potrafiłby odmachnąć skargę i gniew takim czy innym gestem życzliwości, zrozumienia, współczucia, dostać się do gabinetu (postawa prestiżu!) i dopiero tam jąć się wysłuchiwania wszystkich skarg. Tu — napięcie skarg i gniewu było tak decydujące. że wstrzymało go w korytarzu-poczekalni. Toteż od razu zlała się na jego głowę płomienna, zbiorowa skarga tych wszystkich ust; od razu skoczył mu do jego dobrych, jasnych oczu ich ostry, bolesny, ich słuszny gniew.
— Panie inspektorze! — wołali jeden przez drugiego. — To taka sprawiedliwość nad nami? To takie nasze państwo niepodległe? To myśmy o takie pochowali tylu naszych synów, ojców, mężów?!... To taka pomoc naszym żonom przy rodzeniu?! Niech pan inspektor idzie do szpitala obejrzeć tam kobiety, które rodzą po dzisiejszej nocy?! Niech pan inspektor zobaczy ich popodbijane oczy, zęby, powykręcane ręce?! A gdzie był pan inspektor?! Jak pan inspektor do takich rzeczy dopuszcza?! Przecie to bez pana inspektora nie może być!! Będziemy skarżyli do ministra! Będziemy wołali na całą Polskę!! Krzywda się nam dzieje! Nie mieliśmy takiej w fabrykach za niewoli!
Kostrzewa stał, czekając, aż się to wyładuje.
— Jak dacie mi przyjść do słowa, będę z każdym gadał! Gdybyście do mnie przyszli przed strajkiem, tobym na pewno nie dopuścił! Aha? To i waszej trochę winy się znajdzie?! Puśćcie mnie do pokoju rozebrać się i zaraz was do siebie proszę na rozmowę.