Mitek popatrzył na inspektora niewidzącymi oczami. Nie spał przez całą noc i przeżył przez nią kilka ciężkich lat.
— Nie o to nam idzie teraz, panie inspektorze, my, czy oni! To w tej sprawie jedno. Będziemy tu wszyscy, jeżeli pan inspektor potrafi nagrodzić te krzywdy. Ale idzie mi o te kobiety w szpitalu. Co z tym będzie? Czy to tak ma przejść? Ludzie tego nie darują!
Kostrzewa zakłopotał się.
— No, moi drodzy, przecież mnie znacie i mój stosunek do rzeczy. Cóż ja tu mogę zrobić! Dajcie mi teraz załatwić żądania robotników. Tym kobietom w szpitalu może już nic gorszego się nie stanie! Rozumiem, że was to razi, że to nie jest ludzkie. Ale naprawdę, ja muszę teraz mówić z Baczyńskim, zmusić go, by tu zjechał; to, wiecie, niełatwa sprawa, dajcie mi się tym zająć! Miałem pilne rzeczy w Funduszu, wszystko odkładam, będę to robił, aż dobiję końca, cały dzień! I tak myślę, że to przecie będzie jednak trochę wesołości w tej smutnej sprawie, jak dostaną podwyżkę.
Mężowie poszkodowanych krótko poszeptali między sobą.
— No cóż, panie inspektorze — powiedział Pawełek, mąż Danuty. — Życzymy panu powodzenia, to gromadzka sprawa! A tę naszą krzywdę kobiet naszych, to jak widać, znów schowamy w siebie! Tylko z tego grzebania takich krzywd w sercu, bez wyjścia, to wyrasta, panie inspektorze, oj gorzki piołun, gorzki! Bo przecie tu nasza ojczyzna i nigdzie stąd nie pójdziemy!! Oni, taki Baczyński, wyjadą, wylecą samolotem, a pieniądze to i tak przeważnie chowają już po obcych bankach, za Polską. My tylko, my zostaniemy zawsze w Polsce. A jak żyć z taką goryczą w sercu?
Milczeli wszyscy. Zamilkł i Kostrzewa, wymowny i mowny, bywały człowiek. Mrugał oczami, jakby od bólu. Bo ścisnęło mu się i bólem, i żalem polskie serce.
Baczyński przybył ściśle na wyznaczoną godzinę. Z początku stawiał się przez telefon, że nie widzi żadnej potrzeby, ani powodu; wywiesi ogłoszenie, ma wolną rękę; ale Kostrzewa w mig załatwił się z nim, powiedział, że dopiero co mówił z wojewodą i skoro Baczyński odmawia przybycia, to on umyje ręce, a odeśle go do wojewody; będzie też sam zaraz telefonował tam o jego odmowie. Głos miał przy tym bardzo stanowczy, wewnętrzna pasja na tego człowieka kierowała jego działaniem. Baczyński poddał się.
Przed Baczyńskim jeszcze przybył Malczyk, przywieziony dorożką. Gdy wszedł pod rękę z Mitkiem, który nie odstępował go, Kostrzewa zobaczył od razu, jak został poturbowany. Miał twarz w sińcach i plamach, usta spalone gorączką, oddychał z wysiłkiem. Ale gdy Kostrzewa, sadzając go w wygodnym krześle, zapytał, czy nic poważniejszego, Malczyk uśmiechnął się jednocześnie poważnymi oczami i zgorączkowanymi ustami. I powiedział: