— No, to w każdym razie wszystko przygotuję i załatwię jednak jutro, w niedzielę. Ludzie się dowiedzą przed poniedziałkiem. Idzie mi o to, że inaczej — i to chciałbym powiedzieć panu wojewodzie — mam wrażenie, przeciągniemy strunę! Może to kosztować krwi! Chciałbym załatwić najdalej jutro!
Urzędnik pomilczał chwilę.
— Już nie wiem, jak to powiedzieć, panie inspektorze. Pan rozumie, tyle czasu się znamy, przecie nie chciałbym pana urazić... Ale pan wojewoda powiedział, że po tym, co oni teraz wyprawiają na mieście, nic nie może być im za prędko załatwione, niech się wpierw uspokoją... Ja sam, panie inspektorze, wcale też nie stawiam po tym wszystkim wesołych horoskopów... Tym bardziej, że to nie tylko w Szpilce była tej nocy policja... Ale cóż robić... wyraźna wola wojewody!...
Na tym zakończono rozmowę.
Kostrzewa pod jakimś pretekstem zakończył naradę, przygotowując wszystko tak, żeby zostało tylko formalne zakończenie zatargu. Baczyński musiał się zasadniczo zgodzić na poprawę stosunków w fabryce. Obie strony były bardzo zdziwione, że nie przychodzi teraz od razu to formalne załatwienie całej sprawy. Rozeszli się.
Kostrzewa z bólem głowy udał się do domu. Tam oddał się bardzo męczącym rozmyślaniom. Mówić z Warszawą? Ostrzec głównego inspektora pracy? Ministra? Ale przecie wojewoda rozmawiał już na pewno tu i tam przez telefon i miarodajnie naświetlił sytuację. Musi chyba mieć jakieś pokrycie, skoro idzie w takim kierunku! Kostrzewie błysnęła myśl: podać się do dymisji! Powiadomić bezpośrednio ministra, czym to wszystko grozi, i podać się do dymisji! Nie chce ponosić odpowiedzialności za następstwa szaleńczych wyczynów.
Wyszedł jeszcze na miasto. Ale robotników, porozpędzanych przez policję, już nie było widać w większych gromadach. Pojedynczy robotnicy, których spotykał, mieli twarze znamienne, pociemniałe od skupionej troski. Jednak — z tej wycieczki — wypłynęło znów trochę uspokojenia, jakaś skromna pożywka dla pokładów oportunizmu, spoczywających w duszy: poszli przecie do domów, uspokoili się, nie wylegli tysiącami, dziesiątkami tysięcy na miasto. Może więc to wsiąknie! A w poniedziałek i tak przecie załatwi już tę sprawę. Wrócił do domu. Gdy się rozbierał do snu, zaczepiła go żona:
— Słuchaj! Czy aby z tego nie będzie gorszych rzeczy? Dziś po południu na mieście wyglądało, powiadają, jak przed tamtymi dniami w 1923 roku. Takie nastroje robotników...
Kostrzewa wyciągał się już w łóżku, wzdychając głęboko w takt opadającej już nieco, tak bardzo gnębiącej troski.
— Może i nic nie będzie! Ty tego nie wiesz, ale ja wiem, jak bardzo lud polski jest cierpliwy. Może i na ten raz jeszcze uspokoją się...