Z tym zasnął i pod znakiem tej nadziei przewałkował niedzielny dzień. Był zresztą w szpitalu zobaczyć robotnice, zapoznał się tam z klasyczną zaiste opinią lekarza, który badał je zaraz po przywiezieniu i zaświadczył, że:
— Doznane potłuczenia i urazy nie są tej natury, żeby mogły spowodować śmierć.
Dziesiątki robotników i robotnic, z ponurymi twarzami, wyczekiwały wyników odwiedzin rodzin. Kostrzewa zamienił parę słów ze znajomymi spośród robotników. Na jutro był ogłoszony strajk i wiec protestacyjny.
„Rozejdzie się może po kościach — pomyślał znów Kostrzewa — byle tylko tu żadna nie umarła!”
Otóż więc pod takimi wpływami powstawał ów ranek, strajk protestacyjny przeciw wkraczaniu administracji w zatargi strajkowe i przeważaniu sprawy na stronę fabrykanta.
Całe miasto widziało, jak to wszystko zaszło. Cztery tysiące robotników i robotnic wypłynęło z wiecu protestacyjnego. Nie tworzyli pochodu, nie ustawili nawet sobie żadnej straży porządkowej; szły kobiety, szły małe dziewczynki z kolekcji dzielnego majstra Zielnika. Ale przodem szli przeważnie starzy siwowłosi robotnicy z kopalń, z innych fabryk.
Gdy dostrzegli ustawione w poprzek drogi kordony policji, na czoło tłumu wysunął się siwowłosy robotnik i szedł, trzymając obie ręce wysoko wzniesione w górę. Gdy wzniósł ręce, jakaś kobieta z tyłu pociągnęła go zaraz za ubranie.
— Co to? Po co? — pytała gorączkowo. Obejrzał się w tył ku niej i ku wszystkim.
— Taki polski znak — powiedział z twardym uśmiechem — że nie mamy strzelać, że do nas strzelać nie trzeba.