Zbliżyli się do kordonu.
— Rozejść się! — krzyczeli policjanci.
Ale dokąd? Z tyłu, w wąskiej ulicy, napierał tysięczny tłum, nie pojmując przyczyny wstrzymania. Niektóre z kobiet wpadły na pomysł wydostania się z niespodziewanej opresji — niektóre pozostawiły w domach — na chwilę! — małe, niezabezpieczone dzieci... Jedna i druga podpraszała się tak do kordonu:
— Przepuśćcie panowie! Przecie do domu, do dziecka!
Wzruszając z zakłopotaniem ramionami, puścili policjanci przez kordon kilka kobiet. Ale wreszcie jedna nie podobała się kordonowi. Miała wypieki, miała złą twarz. Krzyknęła ostro:
— I mnie do dziecka!!
Jeden z policjantów ułapił ją za rękaw i szarpnął.
— Do dziecka! — krzyknął. — A rewolucję robisz? Też dla dziecka?
Pchnął ją z powrotem. Wtedy to blady jak papier, wysunął się z tłumu Jan Mitek, ze wszystkimi krzyżami na piersiach. Zwrócił się w stronę tłumu i krzyknął jasnym, spokojnym głosem: