Wielki był majestat jego śmierci: Czy to te krzyże, czy ten jasny, nieruchomy wzrok — coś sprawiło, że odstąpili policjanci, porządkujący skwer; że nie tknęli go sanitariusze z pogotowia, do których warta zwróciła się z prośbą:
— Zostawcie tego nam, ten już całkiem nasz...
Malczyk, który nie widział, jak padł Mitek, bo był daleko, znalazł go na skwerze późno po południu, kiedy już zacichała walka. Już wiedział, lecąc tu, że Mitek zabity. Leciała wraz z nim, szlochając, Genka. Malczyk dobiegł, zatrzymał się, jak wryty, u jego stóp.
— Cicho — kazał żonie. — Widzisz, jak on spokojnie patrzy... Straszna będzie za to kiedyś kara!
Przyklęknął i próbował jeszcze, pogłaskawszy zmarłemu lodowatą twarz, przymknąć mu powieki. Powiedział przy tym jakby do siebie tylko, cicho:
— Szkoda mi, żeby kto jeszcze w oczy mu się gapił.
Powieki nie dały się już szczelnie zamknąć i tak pozostał Jasio Mitek z niedomkniętymi oczami, w których wyraz przedśmiertny był jakby wyrazem spokoju.
Malczyk poszedł do dawnego swego związku (prorządowego) i stamtąd powiadomił strzelców. Ten związek był tuż pod ręką, zresztą było to dziś wszystko jedno! Prosił kolegów na skwer, w sprawie Mitka. Przyszło zaraz sześciu, ze zgrozą odkrywali przed nim głowy...
— Wszystkie krzyże włożył, żeby ratować ludzi! — wymówił jeden.