Potem, w dni kilka, odbywał się za zezwoleniem władz w mieście pogrzeb ofiar tamtego ranka. Sto tysięcy ludzi przyszło chować dziesięciu zmarłych. Prasa (ta sama, która meldowała o stratach skórzanej firmy) podawała liczbę uczestników na trzydzieści tysięcy. Żaden z mieszkańców miasta nie pomyli się w ocenie, która z tych liczb była prawdziwa. Z wyjątkiem oczywiście tych, którym leży na sercu ukrywanie, zniekształcanie, przeinaczanie rzeczywistości...
Szły tedy nieprzeliczone zastępy robotników i robotnic, inteligencji, chłopów z okolic, karnie spięte twardą klamrą robotniczej milicji. Szły tak, krok za krokiem, prowadząc przed sobą sztandary, oczywiście, czerwone!
Nie było związku robotniczego, który by w dniu tym chciał wyjść z innym sztandarem; członkowie zaś wszelkich związków — oficjalnie czy nieoficjalnie — uczestniczyli w pogrzebie. Tłum postępował, niosąc za sztandarami trumny poległych, wystawione przez noc do odwiedzania i oddawania im hołdu w Domu Ludowym. Tak szedł polski robotnik, polski chłop, polski inteligent, ramię przy ramieniu, ożywieni jednakim uczuciem — czci dla poległych, protestu przeciw takim metodom postępowania.
Była to bardzo żałobna uroczystość...
Długa i bardzo wymowna była chwila zbiorowego skupienia...
Ale z tej żałoby ciężkiej, z bólu tych stu tysięcy, z horyzontów jeszcze nie jasnych, z wielkiego cierpienia ludu polskiego wyrastała już — ponad rzeczywistość, cierpienie, walkę i śmierć — wielka, zbiorowo odczuta ulga: jedność! Jedność! Wreszcie nadzieja ratunku, rękojmia zwycięstwa!
Wyrastało — niepokonane, ponad całą rzeczywistość rozpromieniające się:
Nabierz otuchy!