Opłynąwszy, na rzekę trafiłem; jej fala

Cichszą, brzeg płaski, bez skał, do wyjścia dogodny.

Wyszedłszy, bez tchu padłem. Gdy nastał mrok chłodny,

Zaraz brzegi strumienia opuściwszy, w głuche

Krze zalazłem, zgarniając na się liście suche,

A ległszy, sen mi długi zesłał bóg w tej dobie.

Zmordowany, pod kołdrą liścia spałem sobie

Przez noc całą, poranek przeszedł i południe,

I dopierom się ocknął, kiedy słońce cudnie

Zaczynało zapadać. Spojrzę k’brzegom morza: