Skryłem, albowiem mierzwy pełna była szopa.

Schowawszy, wzywam czeladź, by losem ciągnęła,

Którym z nich padnie ze mną zabrać się do dzieła

I ożóg wbić mu w ślepie, zawiercić co siły,

Gdy spać będzie. I losy na czterech trafiły,

Których sobie życzyłem — ja sam byłem piąty.

O mroku wrócił Kyklop w domowe zakąty,

Kozy swoje i owce wygnał w głąb jaskini,

Matki razem z trykami, co zwykle nie czyni,

I w wewnętrznej zagrodzie nic nie pozostawił: