Więc się lotnymi słowy ozwał do pasterza:

„Ktoś tu idzie; zapewne jakiś druh się zbliża

Lub znajomy; pies żaden na niego nie szczeka,

Lecz się łasi; stąpanie słyszałem z daleka”.

Ledwo skończył, a we drzwiach syn jego kochany

Zjawił się. Skoczył k’niemu pastuch, tak zmieszany,

Że mu dzban, w którym wino miał pomieszać z wodą,

Z ręki wypadł, gdy podbiegł witać postać młodą

Swego pana. Całował głowę mu i oczy,

I ręce, aż po licu starca łza się toczy.