— Czy ci jest niedobrze? — mówi Adolf, trafiony w strunę, którą kobiety zawsze umieją w nas poruszyć: szlachetność.

— Słabo się robi doprawdy, gdy zaraz po obiedzie musi się patrzeć na kogoś, jak chodzi tam i z powrotem na kształt wahadła zegara. Ale u was tak zawsze: musicie wyładować waszą energię... Jacyście wy komiczni... Wszyscy mężczyźni mają trochę źle w głowie...

Adolf siada w rogu kominka, po przeciwległej stronie tej, jaką zajmuje jego żona i pogrąża się w zamyśleniu: małżeństwo przedstawia mu się nagle jako niezmierzony step zarośnięty pokrzywami.

— I cóż? Jeszcze się dąsasz?... — powiada Karolina po kilku minutach poświęconych obserwowaniu mężowskiego oblicza.

— Nie, studia robię — odpowiada Adolf.

— Doprawdy, jaki ty masz niegodziwy charakter!... — mówi Karolina, wzruszając ramionami. — Czy może chodzi ci o to, co mówiłam o twojej tuszy, twoim żołądku i trawieniu? Czy nie rozumiesz, że chciałam ci odpłacić za twój cynober106? Widać z tego, że mężczyźni w skłonności do kokieterii nie ustępują bynajmniej kobietom. — (Adolf siedzi niewzruszony). — Wiesz, że to bardzo uprzejmie z waszej strony tak przejmować wszystkie nasze słabostki. — (Głębokie milczenie). — Ja żartuję, a ty się gniewasz... — (patrzy na Adolfa) — Bo ty się gniewasz... Ja nie jestem taka jak ty: ja nie mogę znieść tej myśli, że ci zrobiłam choćby najmniejszą przykrość! A przecież to jest delikatność, do jakiej mężczyzna nigdy by nie był zdolny, że ja twój brak uprzejmości wolę przypisywać jakimś przeszkodom w trawieniu. To nie mój Doleczek! To jego brzuszek, który urósł i zaczyna mówić... Nie wiedziałam, że jesteś brzuchomówcą, oto wszystko...

Karolina spogląda na Adolfa z uśmiechem; Adolf siedzi jak nakrochmalony.

— Nie, nie roześmieje się... I wy to nazywacie w waszym żargonie: mieć charakter... Och, o ileż my jesteśmy lepsze!

Wdrapuje się na kolana Adolfa, który nie może się powstrzymać od uśmiechu. Na ten uśmiech, wyciśnięty za pomocą prasy hydraulicznej, czyhała Karolina, aby uczynić z niego broń dla siebie.

— No, mój drogi, przyznaj się do winy! — powiada. — Po co się dąsać? Przecie ja cię kocham właśnie takim, jak jesteś! Widzę cię równie szczupłym jak w dniu ślubu... Może jeszcze szczuplejszym.