I tyle, tyle przeżyłem już od czasu, kiedy ręka moja po raz ostatni tych kartek dotykała! Życie całe odwróciło się na drugą stronę, jakby się przełamało na dwie nierówne części. 23 lata ubiegłe — to jedna strona, jedna epoka życia; ten tydzień — to początek drugiej, następnej epoki; a wizyta Łopackiego — to słup ich graniczny.

Bo był Łopacki. Wpół do siódmej wybiło już na zegarze, kiedy usłyszałem łoskot otwierających się i zamykających drzwi od korytarza dolnego. Pomimo ciągłego ruchu na naszych schodach, od razu pewnym byłem, że to on. Tak, to musiał być on tylko, Łopacki. Słuchałem. Serce waliło mi jak młotem i czułem, jak mi się w piersiach szamotało. Upłynęło kilka sekund. Z daleka dochodziło mnie echo turkotu dorożki, przejeżdżającej przed domem; potem ktoś zadzwonił na pierwszym piętrze. A więc to nie on! Cała fala krwi odpłynęła mi od serca — odetchnąłem. Byłem rad, spokojny, szczęśliwy. Miałem takie wrażenie, jakby mi kto życie darował na nowo.

Naraz do ucha mego dochodzi szmer z korytarza drugiego piętra. Ktoś idzie... — zatrzymuje się w sionce... może wejdzie w jakie drzwi?... Cały w słuch się obracam. — Nie, wstępuje wyżej... na trzecie piętro... On!

Znów jestem tego pewny. Tracę głowę z przerażenia.

A on wstępuje powoli, jakby za każdym schodkiem odpoczywając; już jest na przysionku połowy piętra. Słuch mój pociąga za sobą inne zmysły; w stanie halucynacji wzrok mój przebija drzwi i ścianę i spostrzega jego.

Jest wysoki, strasznie wysoki, włosy jak noc czarne, tęgi, barczysty, z ponurą twarzą, koniecznie z ponurą. Widzę go doskonale. Ot, wypoczął chwilkę na przysionku i idzie wyżej. Każdy stopień drży i trzeszczy pod jego stopami. Naturalnie... taki olbrzym...

Jest już w naszym korytarzu. Znów wypoczywa i szuka wzrokiem mego nazwiska na biletach do drzwi przybitych. Tak, naturalnie, znajduje je... To tak łatwo... trzy kroki na prawo i moje drzwi. Jest już pode drzwiami. Może nie on? Cała dusza mi wrzeszczy, że to tylko on. Szuka dzwonka... Naturalnie — nie ma...

Drzwi się otwierają i Łopacki staje na progu.

Zmysły moje gonią się po prostu w wyprzedzaniu jeden przed drugim, aby przejąć na wskroś tego człowieka. Jednocześnie ogarnia mnie straszny wstyd przed samym sobą. Takie tchórzostwo!... Wymyślam sobie, nienawidzę się... Szukam w myśli wyrazów, które by mogły jak najwięcej ukarać mnie za tę chwilową słabość.

— Umrzesz... właśnie, że umrzesz, tak, tak, ty mazgaju! Ty babo!