Bo i czegóż się obawiałem? Łopackiego? Ależ to najpoczciwszy w świecie człowiek. Widzę go doskonale i mam czas przypatrzyć mu się do woli. Rozbiera się umyślnie bardzo wolno, chcąc się otrząsnąć z resztek chłodu, jaki przyniósł z sobą. Średniego wzrostu, blondyn, około lat trzydziestu dwóch, sympatycznej powierzchowności, ubrany bez zarzutu, lśni czystością i elegancją. Twarz nadzwyczajnie miła, z wyrazem dobroci i uprzejmości, każdy ruch znamionuje człowieka wyższego towarzystwa; wykwintność manier i dystynkcja rzucają się przede wszystkim w oczy.
A więc to tego, tego człowieka obawiałem się tak strasznie?
Zły jestem na siebie coraz bardziej. Bezgraniczna ufność do Łopackiego opanowuje mnie w zupełności. Zdaje się, nie mam sposobu do wyrażenia mu całej sympatii, jaką uczuwam dla niego. Jestem w jednej chwili przerzucony z piekła do nieba. Wesołość, przede wszystkim wesołość, jakaś figlarna, dziecinna, rozjaśnia mi umysł.
Łopacki tymczasem, ukończywszy swą tualetę, zbliża się do mnie i, uśmiechając się najprzyjemniejszym w świecie uśmiechem, podaje mi rękę i mówi:
— Zdaje się, że nie zabłądziłem; z panem Rudnickim mam przyjemność?...
W odpowiedzi sypię mu komplementami. Umyślnie staram się jak można najwięcej ująć go sobie i jakby przeprosić za jakąś przykrość, którą mu sprawiłem. Słowa moje oślizgują się po nim, jakby nie dochodząc do jego świadomości. Uśmiecha się tylko stereotypowo, przyzwyczajony już widać do tego rodzaju wstępów. Wreszcie mówi:
— Zaciekawił mnie pan bardzo swoim oryginalnym listem. Opuściłem dwie wizyty, chcąc się stawić na wezwanie, tak dalece zajął mnie ten niezwykły list.
I śmieje się, i to jak się śmieje! Chcę mu się niemal na szyję rzucić z wdzięczności za tę pogodę, jaka zapanowała w mej duszy. Zaczynamy się śmiać obydwaj, ściskać sobie ręce, mówić grzeczności, koncepty; jeden dla drugiego życie by — zdaje się — oddał z ochotą. Jesteśmy jak dwaj przyjaciele. Coraz większa wesołość zapanowuje dokoła.
Na koniec lekko, swobodnie, pół serio, pół żartem, zaczynam mu wyłuszczać mniemany powód jego wezwania.
Była to owa bajka przygotowana od dawna. Dopiero w ostatniej chwili poczułem całą jej niedorzeczność. Ale już było za późno na zmiany. Jeżeli Łopacki uwierzył jej choć w piątej części, zawdzięczam to tylko swym zdolnościom aktorskim i doskonałej wymowie. Podniecony silną gorączką, grałem po mistrzowsku. Przede wszystkim chodziło mi o to, ażeby go przekonać, że ja wiem o swoim beznadziejnym stanie i że nic sobie z tego nie robię. Drobiazgowo przytaczałem zmyślone opinie doktorów o mojej chorobie; o Starzeckim powiedziałem, że mi każe już za trzy tygodnie umierać; zachwycałem się rodzeństwem Mainländerów itd., itd.