Wpadłem w jakąś furię brawury. Tysiące myśli latało mi po głowie, język nie mógł nadążyć z ich wypowiadaniem. Wiele z nich przepadło niedopowiedzianych, zapominanych natychmiastowo. Miałem wrażenie, jakbym się staczał po jakiejś pochyłości coraz niżej, coraz głębiej, w przepaść. „A niech tam — a niech tam!” Jednocześnie czułem dziwną lekkość w całym organizmie. Jakaś dziecinna wesołość, swoboda, jasność umysłu nie opuszczały mnie ani na chwilę. Gdyby w tej chwili trzeba było wstępować na szafot, wchodziłbym nań z uśmiechem na twarzy, ze słowami: „Adieu! Pardon24!”, jak na salę balową. Jeszcze bym pocałunki od ust rękoma przesyłał.
Ach, czemu on mi wtedy od razu nie mógł powiedzieć: „To suchoty, nie ma ratunku”! A Łopacki słuchał mnie ciekawie. Śledziłem grę rysów jego twarzy inteligentnej, uszlachetnionej piętnem wiedzy i myśli. Widziałem, jakie wrażenie wywierał na nim każdy mój wyraz, mogłem więc stosownie do tego regulować swoją rolę. I zdaje się, że mi się udało: odurzyłem go oryginalnością i dziwactwem. Słowa moje działały nań jak narkotyk, jak denerwująca sonata Szopena — nie spostrzegł się, kiedym w niego wszczepił ten oszołamiający pierwiastek chorobliwej atmosfery, w jakiej umysł mój pozostaje ciągle.
Nareszcie zaczęło się długie, nużące nad wyraz badanie. Przede wszystkim musiałem opowiadać całą historię mego życia, wszystkich chorób, jakie przebywałem, warunków, w jakich wzrastałem itd. Męczyło mnie to bardziej niż zwykle, gdyż musiałem ciągle lawirować między prawdą a kłamstwem, nie chcąc dać powodu do powątpiewania o prawdzie poprzednich słów moich. Poprzednia żywość i błyskotliwość umysłu już znikły. Coraz bardziej opadałem z sił wskutek reakcji po nadmiernym przypływie energii. Wreszcie, co innego jest mówić, a co innego odpowiadać na pytania. Pytania coraz to z innej strony zaskakują człowieka i już nie można orientować się tak szybko. Swoją drogą, wybrnąłem z tej pierwszej próby jako tako.
Z kolei nastąpiła auskultacja25. Musiałem to kłaść się, to siadać, to klękać, to znów przewracać się na wszystkie strony — wreszcie liczyć, wzdychać, kaszlać, aż w końcu opadłem z sił zupełnie. Gorączka tylko podtrzymywała mnie nieco.
Z wielkim wysiłkiem starałem się prowadzić jeszcze rozmowę, ażeby się nie wydać ze swoim opłakanym stanem przed Łopackim. Bałem się, żeby nie zaczął mnie żałować.
Wreszcie Łopacki pozostawił mnie w spokoju i zaczął przeglądać recepty Starzeckiego i badać flegmę.
Czułem, że się zbliżała ostateczna chwila. Rzeczywiście, znajdowałem się w opłakanym stanie. Gdyby nie obecność Łopackiego, jęczałbym głośno. Myśl moja fantastyczne odbywała podróże, goniąc za wzrokiem, który błądził bez celu. Chciałem skupić się w sobie, opanować myśl i zwrócić ją w jednym, jakimkolwiek kierunku. Na próżno. To dziura od haka w suficie, to mucha przelatująca, to cień na ścianie pochłaniały moją uwagę. Mimo to nie mogłem ani chwili nie myśleć jednocześnie o tym, co miało nastąpić. Ten rażący kontrast między grozą położenia a tymi bzdurstwami, na myśli o których ciągle się łapałem, powiększał tylko moje rozdrażnienie i do wściekłej a bezsilnej złości na siebie pobudzał. Wymyślałem sam na siebie, a jednocześnie obserwowałem na ścianie świetlany kwadrat z odbijającego się światła lampy w lusterku.
Jak długo to trwało, nie pamiętam. Straciłem zdolność orientowania się w czasie.
Nareszcie Łopacki zbliżył się do mnie. Siedziałem wysoko na łóżku, ze wszystkich stron popodpierany poduszkami, umiejętnie przez samego Łopackiego ułożonymi — to tylko chroniło mnie od opadnięcia na poduszkę, bo siły moje już się do ostatka wyczerpały. Kiedym go ujrzał przed sobą, czułem, że mi wszystka krew do serca zbiegać zaczęła. Był to jednak niczym nieumotywowany odruch ciała, bo ja się już nie bałem. Nie wiem dlaczego, ale nimem26 jeszcze zdążył spojrzeć mu w twarz, już byłem pewny, że ratunku dla mnie nie ma... Byłem tego pewny do tego stopnia, że gdyby odpowiedź jego była wprost przeciwna, doznałbym jakiegoś uczucia zawodu, i — co tym dziwniejsze — zawodu jakby przykrego. Nimem się dowiedział, już wiedziałem — i jakiś martwy, choć wcale niebolesny spokój mną owładnął. Jedna chwila dostateczna była do przenicowania całej duszy.
Pamiętam wszystko doskonale. On stał przede mną, lekko nachylony, z trochę zaambarasowaną27 fizjonomią28, bawiąc się od niechcenia dewizką od zegarka, wbrew zwyczajowi włożonego w prawą kieszonkę kamizelki. Rzecz nie do uwierzenia — a jednak ja teraz dopiero dostrzegłem, jakie miał na sobie ubranie: elegancki garnitur żakietowy jasnopopielatego koloru, z dość lekkiego kortu, którego drobniutkie krateczki migały mi się ciągle w oczach, a ja z trudem starałem się choć jedną z nich pochwycić wzrokiem.