Najwięcej jednak zajął mą uwagę jego kołnierzyk. A miał jakiś dziwny, zupełnie nieznanego mi fasonu, wysoki bardzo i strasznie sztywny. I czy to był chwilowy obłęd, czy też wynik szalonego wysiłku woli, sam dotąd nie mogę sobie zdać sprawy, ale ja, mając nad głową ten miecz Damoklesa, widziałem tylko kołnierzyk, strasznie wysoki i sztywny...
A on tymczasem, głosem przyciszonym trochę, ale dźwięcznym i melodyjnym, zaczyna mówić:
— Tak, kolega Starzecki nie pomylił się w diagnozie, choć może nie zupełnie ściśle określił stan choroby. Rzeczywiście, zniszczenie w organizmie dość duże; ale wszystkiego jeszcze spodziewać się można. Przede wszystkim należy się wystrzegać zaziębienia...
„A więc to suchoty!” Tego już mi dosyć. Nic mnie więcej nie interesuje. On mówi dalej, ciągle spokojnym, łagodnym głosem. Ja słucham i słyszę. Wyrazy jego wpadają mi w uszy, wchodzą w mózg, na tym jednakże kończy się wszystko. W mózgu nic się nie porusza, nic nie oplata przeciskających się weń nowych pojęć. Poza tym działałem machinalnie, jak automat. Spytałem się jednak:
— Czy z wiosną mam wyjechać na wieś?
— Zapewne, zapewne... byłoby dobrze... wreszcie, to dopiero potem będzie można coś w tym względzie wnioskować...
„Nie wyjadę z wiosną, bo jej nie doczekam” — znów mi się przedziera gdzieś do wnętrza mózgu. Jestem jednak zadziwiająco spokojny. Czuję doskonale, że on mi nie chce całej prawdy wyznać i na wszystkie zapytania będzie odpowiadał wymijająco. Wreszcie wiem już, com chciał wiedzieć.
— A więc tak!... Ha... trudno...
Tyle mu tylko odpowiedziałem. Miałem już ten frazes gotowy, bom29 go sobie jeszcze przed jego przyjściem ułożył.
Znów zaczęło się bredzenie myśli podążającej za wzrokiem. Kratki kortu i kołnierzyk zajmowały mnie przede wszystkim. Bo i co za dziwny kołnierzyk! Jeszczem30 takiego nie widział. Wysoki — aż za wysoki chyba — a jaki biały! Jaki sztywny! Ale musi być niewygodny — bezwarunkowo niewygodny. Przy zgięciu szyi pewnie się łamie.