Zaczynam uważać, czy się rzeczywiście nie łamie. Wpatruję się z taką badawczością, że to aż zwraca uwagę Łopackiego, który w dalszym ciągu prawi coś tym samym tonem. Ja słyszę wszystko doskonale, lecz wyrazy jego obijają mi się tylko o uszy, bo ani chwili nie mogę skupić uwagi o tyle, żeby je dobrze zrozumieć.

Swoją drogą odpowiadałem mu zupełnie logicznie, zadawałem pytania, nawet koncepta paliłem — tylko zdaje się, żem się nie śmiał, bo miałem wrażenie takiego zimna na twarzy, jakby mi za życia gipsową maskę z niej zdejmowali. A czym myślał o czymkolwiek, sam nie wiem teraz; prawdopodobnie o niczym — a machina mózgowa sama, bez udziału mej woli, działała i kombinowała. Byłem tak spokojny, że dziwiłbym się może sam temu, gdybym tylko mógł zdać sobie z tego sprawę.

A Łopacki precz mówi. Widząc mój zadziwiający spokój, zaczyna mi opowiadać jakąś historię o bednarzu, którego miał w szpitalu, chorego także na suchoty. Zachodziły tam jakieś zdumiewające komplikacje, dotychczas będące przedmiotem sporu między lekarzami.

Niewiele już rozumiałem. Mętniało mi wszystko coraz więcej. Czułem jakieś wewnętrzne zimno. Po prostu lodowaciałem. Łopacki, chociażem31 go tylko słuchał, a nie słyszał, męczył mnie już niewymownie. Sam nie wiedziałem, czego mi się chciało, ale czułem, że muszę zostać sam z sobą, żeby zebrać myśli, bo mi już zaczynał ciążyć ten dziwny, nienaturalny spokój, w jaki popadłem.

Ten nieszczęsny kołnierzyk znów mi utkwił w myślach.

Nie mogłem się na tym punkcie uspokoić. Na koniec, zdaje się, żem o niego zapytał zupełnie poważnie. Łopacki też zaraz zaczyna mi objaśniać, że to fason już nie pierwszej mody, wprowadzony przez jakiegoś artystę, że teraz jest bardzo używany, że niewygodny, że za wysoki i że noszą go ci, co mają długą szyję. Ale kto miał taką długą szyję — on czy ten artysta, nie mogłem dobrze zrozumieć. Znów zatem zadałem mu o to pytanie, ale także nie mogłem się połapać. Wszystko mi się mieszało, byłem jak oszołomiony i niewiele już pamiętam z tego, co później było.

Coś mi mózg przygniatało. Czym myślał o śmierci, także nie wiem; ale to wiem, żem się męczył nad wyraz.

Wreszcie Łopacki zaczął się żegnać. Przez cały czas kurczowo zaciskałem w ręce przygotowane 3 ruble. Nie przyjął ich jednak. Coś mówił o koleżeństwie, o swojej sympatii dla mnie, obiecał mnie odwiedzić jeszcze — i na koniec, po kilkakrotnych uściśnieniach rąk, wyszedł. Zdaje się, żem mu dziękował serdecznie; wreszcie nie wiem, nie pamiętam dobrze. Staczałem się coraz niżej, w jakąś ciemną głębię, jakby noc, i coraz bardziej traciłem świadomość. To pamiętam jeszcze, że gdy na koniec zostałem sam, miałem poczucie jakiejś swobody, że teraz mogę już myśleć, tylko o czym? Zapomniałem.

I ciągle szukałem w pamięci, o czym to ja myśleć miałem, i ciągle to coś rozpraszało się przede mną. Czułem ciężar. Nie mogłem na niczym ześrodkować rozproszonych władz myśli. A jednak musiałem o czymś myśleć. Tak, naturalnie, myślałem, ale — jakby to jaśniej określić? — nie słowami i zdaniami, nie pojęciami, lecz obrazami i barwami. Są takie myśli. Kiedy umysł znużony zapada w sen, zawsze podobne obrazy przesłaniają nam mózg, coraz się zbliżają, czuje się je na powiekach, na oczach, potem w oczach samych, wreszcie jakby w samym wnętrzu mózgu, i... następuje niepamięć.

Jak długo byłem w takim stanie, nie wiem. Może godzinę, może kilka, a może minutę tylko. Nic nie wiem. Przytomny jednak byłem zupełnie; to czułem i jestem tego pewny. Tylko czegoś brakło: rozumu? — pamięci? — uwagi? Też nie wiem.