Powoli jednak zacząłem odzyskiwać panowanie nad sobą. Ta dręcząca mnie ciągle myśl: o czym to ja myśleć miałem, nareszcie znalazła zaspokojenie. Coś się widocznie przedarło z zapadłych kryjówek mózgu, co dotąd w żaden sposób nie mogło się przedostać do ośrodków świadomości, i jak błyskawica nagle oświetliło wszystko. Znalazłem. A! To śmierć!

Zrozumiałem wszystko i zaczął się prawdziwy taniec rozmaitych myśli, jakie mi przelatywały przez głowę. A wszystkie krążyły około jednego tylko punktu, jednego pojęcia: „Mam umrzeć, mam umrzeć”. Zdaje się, że szalałem.

Ale powoli z chaosu myśli znów zaczęło się wyłaniać jakieś inne pojęcie, jakiś nowy rozkaz, że mam coś zrobić, nad czymś się zastanowić. A ta potrzeba uchwycenia tej nowej myśli tak w końcu opanowała wszystkie inne, że znów zacząłem przypominać sobie, o czym to myśleć miałem.

Wreszcie pochwyciłem wątek... „A! Stach! Prawda!” — i nic mnie już poza tym nie zajmowało.

Teraz, kiedy przypominam sobie to wszystko, rozumiem dokładnie, dlaczego, pomimo chaosu w głowie, szukałem tych dwóch wątków myśli. Jeszcze w czasie wizyty Łopackiego wbijałem sobie w głowę niemal machinalnie, że kiedy będę już uwolniony od niego, mam myśleć o dwóch rzeczach: że mam umrzeć i że mam udawać obojętność — nawet przed moim Stachem. Z początku te dwie myśli przedstawiały mi się jako dość jasno sformułowane zdania, potem jako wyrazy, a wreszcie jako zamglone pojęcia tylko. W końcu i to się zatarło i zostało jedynie jakieś niejasne poczucie, że coś zrobić trzeba; dlatego też z taką trudnością wyławiałem te pojęcia z ogólnej gmatwaniny.

„A! Stach!” To mnie otrzeźwiło. Nie chciałem się nawet przed nim przyznać do tej słabości, do tego lęku przed śmiercią, co mi krew ścinały. Wreszcie nie lękałem się już, nie bałem. Myśl o oczekującej mnie nowej scenie i obmyślanie roli pochłaniały mnie o tyle, że zapominałem o rzeczywistości choć chwilami. Energia moja wykonywała już nie wiem który zwrot w tym dniu.

Trzeba się było szykować. Przytomniałem coraz więcej. Zacząłem myśleć już względnie spokojnie, logicznie, nawet chłodno. Umyślnie starałem się przyczepiać myśli do rozmaitych drobiazgów, żeby się choć trochę dać pochłonąć. Wtedy to zrobiłem kilkuwyrazową notatkę w tym dzienniczku.

Biorąc pióro do ręki, poczułem w niej coś twardego, szeleszczącego. Była to trzyrublówka, przeznaczona dla Łopackiego, a nieprzyjęta. Bezwiednie zatem trzymałem ją w zaciśniętej kurczowo garści przez cały czas. Zacząłem się śmiać sam z siebie nerwowo, urywanie, boleśnie. I złość i litość nad sobą napełniły mi serce. Po raz pierwszy poczułem, jak strasznie upadłem na duchu.

Wreszcie i to przeszło. Czas umykał szybko, zegar wybił dziewiątą. Wmawiałem w siebie chłód i spokój i zacząłem się zastanawiać nad rozmaitymi szczegółami swej roli, jaką miałem odegrać.

— Umrzeć? No, głupstwo, wielka rzecz! Każdy umiera. On przyjdzie, a ja zacznę rozmawiać zupełnie o czym innym, zupełnie, ale to zupełnie o czym innym. Umrzeć? Wielka rzecz! Także!... Umyślnie zacznę opowiadać coś wesołego. Będę się śmiał, a jakże! Bo co to umrzeć? Nic. Po prostu nic. Eh! Co tam!... itp.