I rzeczywiście uspokoiłem się zupełnie.

Jak zwykle, Stach przyszedł o dziewiątej, zaczął zdejmować kalosze, potem szynel, w końcu czapkę — jak zwykle, zupełnie jak zwykle. A ja nic nie mówiłem. Przyczaiłem się. Nareszcie Stach zaczyna opowiadać o jakimś niezwykle trudnym zadaniu, którego nie mógł swemu uczniowi rozwiązać. Opowiada tak szczegółowo, że nawet liczby przytacza. Ja słucham, nawet silę się na dopomaganie mu swoimi zdolnościami rachunkowymi.

Mówimy już o tym z kwadrans — i mnie to męczyć zaczyna. Nie tak sobie planowałem, ja chciałem czegoś wesołego, czegoś niezwykłego, chciałem się śmiać, śmiać, choćby tarzać się, ale śmiać koniecznie.

Wreszcie mówię mu od razu:

— Wiesz, Łopacki był u mnie... ten specjalista od chorób piersiowych...

— Co?... Jak?... Co ty bredzisz?

Przeraża go to na chwilę. Spogląda na mnie niespokojnie. Ale ja cynicznie prawie ten wzrok wytrzymuję. To go uspokaja, a nawet dziwnie cieszy.

Zaczynam mu opowiadać takie niebywałe historie o Łopackim i jego wizycie, takie bezsensowne z niej epizody, takie bezczelne kłamstwa i koncepty, że mi wstyd przed samym sobą. Śmiejemy się do rozpuku. W przestankach między paroksyzmami śmiechu Stach niedowierzająco kiwa głową. Naturalnie, nie sposób wierzyć takim bredniom.

Ja podsycam ciągle humor. Przechodzę samego siebie, kłamię jak najęty, opowiadam niemożliwości i śmieję się sam bardzo ochoczo. Tylko, zdaje się, nie mogłem swego śmiechu w żaden sposób zastosować do słów, które wymawiałem. Śmiałem się tam, gdzie akurat to było najmniej stosowne, a sytuacje rzeczywiście komiczne traktowałem serio. Czułem, że mówię i ruszam się jak automat. To uderzyło Stacha — i właśnie kiedy chciałem jak obuchem ogłuszyć go tą niespodziewaną z moich ust wiadomością o niechybnej mojej śmierci, Stach, przyglądając mi się uważniej, zapytał:

— Co tobie? Co ci jest?