— Eh, nic — odpowiedziałem, ale znów trzeba było grać dalej. Nie, nie tak chciałem mu o tym powiedzieć.
Pot już mi spływał kroplami, a jednak jeszcze wszcząłem poprzednią błazeńską rozmowę. Znów zeszło z pół godziny.
Każdy nerw mi dygotał, a jednak upajałem się sam sobą: do artyzmu dochodziłem. Zawsze miałem ten pociąg do udawania i hecarstwa, a teraz gorączka i groza położenia podniecały mnie jeszcze bardziej.
Wreszcie upatrzyłem chwilę. Uciszyliśmy się po trochu, jak to zwykle bywa, kiedy się już wyczerpuje przedmiot rozmowy i nic się nie ma więcej do powiedzenia.
Miałem już obmyśloną tę scenę do ostatecznych szczegółów. Pół leżąc, pół siedząc wśród poduszek, w pozie zupełnie niedbałej, przechyliłem w tył głowę, wpatrując się gdzieś w sufit, niby nie myśląc o niczym. Serce waliło mi jak młotem, i czułem, że blednę. Swoją drogą, niemiłosiernie dociągałem wszystko do końca. W lewej ręce trzymałem papierosa, coraz się nim zaciągając, a w prawej nożyk od papieru, którym bawiłem się niby machinalnie, kreśląc esy-floresy po kolanie.
Kostniałem z jakiegoś chłodu, owładającego mną coraz więcej.
Wreszcie nagle, tonem zupełnie obojętnym, jakbym mówił o rzeczy najzwyklejszej w świecie, naraz się odezwałem:
— Ale, ale... wiesz co? Łopacki mi powiedział, że i wiosny nie doczekam. Cóż ty na to? Co?
Wypowiedziałem to wszystko, ale nie wytrzymałem do końca. Coś mnie ścisnęło w gardle i zacząłem się trząść strasznie. I chociaż postanowiłem sobie nawet z ukosa nie patrzeć na niego w chwili, kiedy mu to powiem — nie mogłem się dłużej pohamować.
Mętnym jakimś wzrokiem spojrzałem mu w twarz.