To było z pewnością konanie... Obudziłem się — oni klęczeli koło łóżka, patrząc się na mnie jakimś strasznym wzrokiem. Tylko przerwali mi... podobno to można tak przerwać konanie... Nie wiem... A gromnica się paliła i dawała ohydne światło. Ja widziałem wszystko, wiedziałem, o czym oni myśleli, tylko sam nie mogłem ani myśleć, ani mówić. Chciałem im coś powiedzieć, choćby ręką poruszyć, i nie mogłem. Byłem jak obumarły. Nie czułem zupełnie ciała, tylko nogi mi lodowaciały, a życie w oczy mi weszło. Tędy jedynie dusza moja łączyła się ze światem. Rzężałem i patrzyłem na nich... A oni czekali, bezlitośnie czekali... Nikt nic nie mówił... a może i mówili, alem nie słyszał. Wiedziałem, że konam, ale to mnie nic nie obchodziło.

Tylko ta gromnica, ten jej blask straszny, obijający się o ściany — utkwiły mi w pamięci. A potem kamionki gorące kładli mi pod stopy, rozpinali koszulę na piersiach, ale nic nie czułem, tylko widziałem. Nie płakali wcale...

Tak zeszło do rana. Poprosiłem o wino — to były moje pierwsze wyrazy. Amelce ręce drżały, bo wylała całą filiżankę wina, grzejąc je nad lampą. Światło zgasło i zrobiło się niebiesko w pokoju.

Dalej nie wiem, co było. Oszołomiony winem, zasnąłem widać.

Teraz mi lepiej o wiele... Wiem, co to znaczy...

To tak zawsze przed śmiercią. Wszystko jedno...

Ciężko mi tylko...

28 kwietnia

Dlaczegóż się to nie kończy? Czyżby noc wczorajsza była przesileniem choroby? We mnie siły wstępują. Co to wszystko ma znaczyć? Takie ostatnie polepszenie jeden dzień trwa najdłużej, a tu drugi schodzi.

Ach, na co jeszcze te męczarnie złudzenia!