i śmigłowce kołują nad rozlewiskami. Woda coraz wyżej,

na mostach kolejowych zaparkowano krowy i po raz pierwszy zbratane

z nimi błyszczące auta, rosną góry gnoju.

Czas próby. Pedałuję powoli wzdłuż wsi, rowerem w wodzie po osie.

Potwierdza się, co już wiedziałem: wątły był

każdy fundament. Żadne obwałowania. Przegrałem.

Nic nie znaczyłem (Lidka: „nie możesz mnie nawet

obrazić. Twoje słowa

nic nie znaczą”). Płacze ostatni raz

używszy niechcący słowa „kochanie”, siły nawyków