W drodze, mijając małe miasteczko San Giovanni45, zaciekawia nas46 głośny strzał z moździerza i koncert dzwonów wszystkich kościołów i szkół na znak godziny dwunastej, tj. na Anioł Pański47. Przybywszy do Reggio, stwierdzamy, że przedostanie się na Sycylię wymaga niestety powrotu naszego do San Giovanni (około 14 km), skąd statkiem odpływa się do Messyny. Zabarkowanie nie napotyka na trudności i wprost wjeżdżamy po pomoście na statek. O pół godziny później znajdujemy się już w cieśninie morskiej. Po niespełna 45 minutach dobijamy do portu Mesyna.

W mieście zakupujemy parę drobiazgów i wzdłuż przez miasto zdążamy do Palermo (273 km). W przejeździe robi na nas Mesyna milsze wrażenie od innych miast włoskich. Szerokie, nowoczesne ulice, czyste, z wieloma imponującymi gmachami i w dodatku dosyć ruchliwe, wstępując zaś tu i ówdzie po zapomniane części projektowanych zakupów, znajdujemy48 mieszkańców bardziej serdecznych w obejściu niż w Italii. Zauważamy również, że dzieląca Sycylię od Włoch cieśnina kładzie także kres natrętnemu żebractwu, co w całej Italii prawie na każdym miejscu się spotyka. Zadziwia nas również brak śladów po często powtarzających się trzęsieniach ziemi. Chociaż szybko w katastrofie padają domy, jednak pracowitość sycylijska stawia je na nowo.

Po wyjeździe za miasto droga równa, ale i kurzliwa, pnie się po górach.

Sycylia jest górzysta, ale jej góry wieńczą piękne sady cytrynowe, pomarańczowe i ze szczytów gór panorama przedstawia się jako jeden wielki owocowy ogród. Wioski rzadkie, stawiane tylko z kamienia, przeważnie nieotynkowane, znajdujemy jakby przytuliska wiejskiej biedoty. Wieczór zmusza nas do szukania schronienia, po raz drugi w naszej podróży, w barakach rządowych dla robotników drogowych. Nie jest to zbyt miła kwatera, ale zapadająca noc nas do tego zmusza. Trochę zmęczeni drogą, zamiast zimnej pokrzepiającej wody musimy się zadowolić letnią, wprost ze strumyka, takie są tutaj skutki grzania słońca. I ze spoczynkiem jest gorzej, zamiast sienników lub materacy mamy paproć o grubych łodygach, co sprawia nieprzyzwyczajonemu ciału coś w rodzaju piekielnych mąk. Zmęczenie jednak robi swoje i spaliśmy aż do wschodu słońca.

14 lipca w drodze do Palermo obserwujemy prawie zupełny brak koni na drogach, za to osłów cały bezmiar, a tu i ówdzie jako zbytek trafia się muł. Dziwi nas mocno wytrzymałość małych osiołków, dźwigających drągali, swoich panów, siedzących na nich okrakiem, na samym zadzie zwierzęcia. Bardzo interesujący jest widok osła obwieszonego koszykami, z których wyglądają głowy siedzących w koszach dzieci, nierzadko po kilkoro na raz. Taki orszak prowadzi ojciec, ciągnąc zwierzę za uzdę, matka zaś z tyłu popędza poczciwego osiołka. Słońce grzeje już szalenie. Panie korzystają z tego i w półnegliżu, siedząc w przyczepce lub na tylnym siodełku motocykla, opalają się z zadowoleniem. Choć dobrotliwe słońce praży, jednak działanie jego paraliżuje w dużej mierze wiaterek wywoływany pędem harleya.

Palermo widać z daleka drogi tuż nad morzem i prawie z każdej góry, ale nim się do niego dojedzie, mija przeszło pół dnia. Droga ciągnie się w większej części tuż nad samym morzem, tak że jadąc, ma się z jednego boku skały, a z drugiego piękną lazurową taflę wody, toteż korzystamy z tej okazji i bierzemy kąpiel u brzegu morza. Ruch automobilowy dosyć żywy; można to tłumaczyć właściwościami samej drogi, mającej swego rodzaju urok, urozmaiconej w dodatku tunelami i grotami. Do Palermo wpadamy dosyć późno, bo o godz. dziewiątej wieczór, i zaraz znajdujemy hotel z garażem w centrum miasta. Nie mając zaufania do włoskiej kuchni, urządzamy sobie kolację sami.

Już bardzo wcześnie rano budzi nas katarynka, u nas w Polsce niespotykana. Jest ona objętości sporej szafy, ciągnionej na kółkach przez dwóch ludzi, zaś tony jej w stosunku do rozmiaru są takie, że u nas w Warszawie mogłyby budzić umarłych z grobu. Ledwo skończył się koncert pierwszej, zajeżdża podobna druga i tak trwa z przerwą południową do wieczora. Musimy się z tym pogodzić, tym bardziej że stan dróg bardziej na południe zmusza nas do wyjazdu statkiem z Palermo, na który musimy czekać trzy dni.

Dobrze to nawet się stało, mam ostatecznie raz czas na gruntowny — po raz pierwszy w czasie naszej drogi z Warszawy — przegląd mojego harleya. Zatem następnego dnia oczyszczam go ze skorupy kurzu, gruntownie wymywam, aby stwierdzić ewentualną potrzebę reperacji.

Ustalam z przyjemnością, że „koń” mój nie wymaga najmniejszej reperacji, jedynie naciągnięcia tylnego łańcucha, już po raz drugi w czasie mojej dotychczasowej jazdy, i nieco dociągnięcia łańcucha przedniego — tak że znowu jest gotów do dalszej uciążliwej wędrówki.

W tym samym dniu wieczorem spotyka nas niespodzianka, bo wierna, a przy tym zmęczona podróżą psina obdarza nas czworgiem miłego potomstwa. Lubię bardzo zwierzęta i dlatego nocą wybieram się na poszukiwanie mleka po cukierniach, którym pokrzepia się nasza Sojka, dotąd żyjąca prawie mięsem.