Zaznaczyć wypada, że przenosząc się z miejsca na miejsce w Rzymie, mieliśmy sposobność oglądać i place targowe nierzadko sięgające tuż pod chodnik. Nasze jarmarki, nawet najbardziej huczne, są słabym obrazem ruchu i gwaru wobec tego, co się dzieje na targach rzymskich. Całe stosy pomarańcz, cytryn, fig, brzoskwiń, pomidorów itp. i dziwne, że w tym wszystkim nasze dobre znajome ziemniaki sprzedawane są na sztuki, jak swego rodzaju zbytek; również rzadkością ginącą w oceanie owoców i jarzyn jest mięso, bardzo drogie i masom biednej ludności prawie niedostępne. Aby dać możność określenia, czym jest gwar nawoływania przekupniów, streścimy się krótko i po warszawsku: Nalewki38 są wobec tego szczeniakiem! Jest to zgodny, potężny chór wydzierających się gardzieli! Coś w rodzaju czytanego koncertu wyjców w puszczach.

Następnego dnia, 10 lipca o godz. czwartej z rana posłuszny i niestrudzony mój „żelazny rumak” po dwudniowym wypoczynku wyruszył ku Neapolowi (239 km). W drodze dosyć ciężkiej gotujemy na powietrzu kawę, a na obiad wybraliśmy sobie wspaniałe zbocze góry tuż przy strumyku, w cieniu rozłożystych pni. Na powietrzu pod upojnym włoskim niebem obiad „spitraszony” na małym prymusie39 smakuje lepiej niż w pierwszorzędnej wielkomiejskiej restauracji; trochę mięsa (z konserw), dla okrasy makaron i czerwone dobre, tanie wino — stanowią prawdziwą luksusową ucztę. Nie tylko my czujemy się szczęśliwi, nasza suczka też wyczuwa błogość wagarowania pod włoskim niebem, gdy ma niecodzienny apetyt i niezwykły humor. Zadowoleni i weseli, ruszyliśmy po obiednim wypoczynku w drogę.

Drogi na ogół złe, pełne wyboi i kurzu, ciągnące się przez góry mniej już dziksze. Około godziny trzeciej po południu znajdujemy się już w Neapolu i na gwałt szukamy noclegu z garażem. Po zainstalowaniu się i odświeżeniu oglądamy w zachodzącym słońcu śliczną panoramę zatoki z gorejącym nad nią pióropuszem niespokojnego Wezuwiusza. Przyznajemy wszyscy, że poeci dziewiętnastego wieku nie mylili się. Neapol, lazurowe niebo, dymiący Wezuwiusz, brzegi zrobione mozaiką wiosek rybackich — to perła widoków Italii, o których można marzyć. Przypominają się gwałtownie uczone w młodości na pamięć wiersze polskie: „Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa”40. Jeszcze parę chwil po zachodzie przyglądamy się zatoce.

Sam Neapol jest czysty, miły i robi wrażenie spokojnej przystani. Charakterystyczne jest, co od razu wpada w oczy, zamykanie w dzień okiennic od strony południa przed zbyt zapraszającym się do wnętrza słońcem. W Neapolu już wszystko pachnie blisko południowym wschodem. Słońce jest dobre, byle nie za dużo. O ile widoki Italii nam imponują, kuchnia nas przeraża, wiecznie salami, sery, makaron, oliwa i gdyby nie dobre a tanie wino, to wspomnienie o Włochach pod względem gastronomicznym byłoby źle pamiętane aż do końca życia. Włosi nas mogą bić pod rozmaitymi względami, ale po ludzku jeść mogliby się od nas uczyć.

Wczesnym rankiem 11 lipca jedziemy w kierunku Cosency (307 km), gdzie po drodze będziemy mieli Pompeję41. Droga za miastem, a tuż nad morzem, wyłożona płytami kamiennymi. Nasze poczciwe kocie łby42 podwarszawskie są jeszcze rajem wobec tej drogi, wystarczy chyba zaznaczyć, że jechaliśmy z szybkością 5 km na godzinę, mijając setki wózków ręcznych i zaprzężonych w osły lub muły, śpieszących na targ do Neapolu. Koło godz. ósmej wjeżdżamy do Pompei, a że wpuszczają na teren wykopalisk dopiero o godz. dziewiątej, czas wolny zużyliśmy na śniadanie w schludnej cukierni na świeżym powietrzu. Zjada nas wprost ciekawość zobaczenia miasteczka odkopanego, a przed osiemnastu wiekami zalanego w pełni życia przez wściekły wybuch, tuż obok w sąsiedztwie — Wezuwiusza. Po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie Pompei, towarzyszy nam dobrowolnie na przewodnika znajdujący się po służbie, młody, sympatyczny policjant p. Veglia Giuseppe.

Wykopaliska ogromem katastrofy przygnębiają. W wąskich uliczkach wyłożonych płytami kamiennymi, w ruinach domów wyglądających jak wielkie pogorzelisko tuła się dziwna tęsknota i rozpacz za utraconym z nagła życiem. Jednak z tym wszystkim wykopaliska Pompei są cennym skarbem przeszłości, gdyż opowiadają zwiedzającym o świetnym okresie cywilizacji rzymskiej, kto wie czy nie naszą przewyższającej. W muzeum pompejańskim szczególnie to widzimy.

Oglądając rzeźby, wazy, przedmioty codziennego użytku, urządzenia ówczesnej techniki, możemy stwierdzić, że starożytni mieli lepszy smak od nas, a w urządzaniu sobie życia prawie na równi z nami stali. Wszystko to już było! — jak powiedział Ben Akiba43. Tylko Wezuwiusz, jakby groźba wiecznego niebezpieczeństwa, dalej czyha na ofiary.

Przygnębiający nastrój ulatnia się przy dobrym, ale drogim piwie, do czego zaprosiliśmy naszego miłego przewodnika, gdyż pieniędzy przyjąć absolutnie nie chciał. Po pożegnaniu się z Pompeją w wesołych humorach jedziemy dalej. Droga wiedzie górami, kiepska i zakurzona białym wapiennym pyłem, wobec którego pył na naszych szosach jest jakby pudrem, tamtejszy pył trzeba bowiem zmiatać szczotką. Za nami chmury obłoków. Żyjemy jakby w atmosferze lotnych piasków, pełno ich na ubraniu i ustach, a upał daje przedsmak niedalekiej Afryki.

Noc zastaje nas na szczycie gór, zmuszeni byliśmy zanocować w barakach urzędowych (tak zwanych „cassa cantoniera” — dla robotników drogowych). Przyjęcie w gronie robotników i ich serdeczność dla nas zrobiły dobre wrażenie, a ponieważ nic w okolicy nie można kupić, podzielili się z nami skromną kolacją, składającą się z makaronu i ryżu, i odstąpili nam jedną izbę, oddając nam nawet swoją pościel.

Na twardych łożach niekoniecznie dobrze przeszła noc, toteż wczesnym rankiem 12 lipca ruszyliśmy drogą na Reggio Calabri (227 km). Drogi bodajże najgorsze jak dotąd, wyboje, okropne — nierówne góry, stale serpentyny i ciągła jazda nad przepaściami. Spotyka się na ostrych wirażach pojedyncze lub kilka krzyży razem jako pamiątki po ofiarach nie dość ostrożnej jazdy. W tych okolicach harley już po raz wtóry zdaje egzamin ze swej wyjątkowo mocnej konstrukcji. Wstrzemięźliwie umie się piąć w górę i zjeżdżać powoli, a z ostrożna, jakby w polonezie nad przepaścią zagłady. Poruszamy się wskutek tego bardzo powoli i zmuszeni jesteśmy przed Reggio Calabri zatrzymać się po naprawdę szesnastogodzinnej jeździe, bardzo zmęczeni, w miasteczku Palmi. Cena w oberży jest dla nas nie do przyjęcia, wobec tego zwracamy się do komendanta miejscowej policji, który chętnie lokuje nas i nasze motocykle. Spaliśmy prawie do południa i znowu po złej drodze, z małą przerwą użytą na kąpiel w morzu, przybywamy do Reggio Calabri44 13 lipca.