O godz. dziewiątej zatrzymujemy się w małej mieścinie, aby spożyć śniadanie, gdyż w drogę z niegościnnego dworu ruszyliśmy na czczo. Śniadanie w napotkanej wiosce trwa dość długo, gapiów koło nas sporo, w tym przeważają dzieci brudne, bose i żebrzące: „Signore, uno lira”24. Te błagalne głosy niekoniecznie świadczą o dumnym zwycięskim pochodzie faszyzmu, który koniecznie chce zaimponować światu. Jeżeli brać ilość faszystów we włoskim tłumie gapiów po kolorze, to ich jest sporo, trudno bowiem na oko odróżnić czarną koszulę od brudnej. Może stąd wywodzi się zamiłowanie do czarnych (zwycięskich) koszul25.
Napełniam baki mieszanką spirytusową, aby się udać w dalszą podróż. Mijamy drobne osiedla ludzkie. Koło godziny drugiej z nagła z zakrętu drogi zasłoniętej większym pagórkiem wyłonił się Rzym. Wjeżdżamy w przedmieścia i z początku opanowuje nas rozczarowanie, czy to są rzeczywiście przedmieścia Rzymu — tak dość zaniedbane, odrapane i prawie bliźniaczo podobne do przedmieść Warszawy. Przepraszam za szczerość! Im bliżej centrum, powoli wyłania się sławna ROMA.
Na drogę z Florencji dostaliśmy od konsula Paszkowskiego list polecający do dyrektora jego drugiego browaru w Rzymie. Wypytując się o drogę, natknęliśmy na ochotnika chłopca (do posyłek w magazynie), który za dwa liry26 wskazał nam osobiście (dołączając się do naszej ekipy, uczepiwszy się z tyłu wózka z pudłem krawieckim na plecach) — drogę do browaru, choć było do niego spory kawał drogi, po drugiej stronie miasta.
Chcemy się odświeżyć i wypocząć, dlatego ucieka ochota natychmiastowego zwiedzenia Rzymu. List konsula Paszkowskiego do dyrektora Grossmana, czeskiego Niemca, przydał się nam. Dostajemy do dyspozycji dwa pokoje z łazienką i obsługą. Służba, jak widać od razu, jest międzynarodowa, opiekujący się nami jest Kroatem27. Baczy on pilnie (honor browaru tego wymaga), aby piwo w pokojach nie ulatniało się z upału. Co wypróżnimy flaszkami napełnione wiadro obłożone lodem, zjawia się nowa porcja 20 flaszek. Jak długo żyjemy, nigdyśmy tyle piwa w tak krótkim czasie nie wypili. Pan konsul Paszkowski gościom swoim wyrobów nie żałuje, wychodząc ze słusznej polskiej racji „czym chata bogata, tym rada”. Popod wieczór wybraliśmy się do centrum miasta. Robi ono na nas przemiłe wrażenie, samo uczucie, że się jest po raz pierwszy w świętym miejscu, potęguje je. Dużo w Rzymie starych kościołów, klasztorów i wielkich nowoczesnych i starożytnych gmachów i pomników. Zapytywani przez nas policjanci są bardzo uprzejmi, no i bardzo elegancko wyglądają. Od stóp do głów ubrani biało i wyjątkowo czysto, znać, że są starannie do też służby wybierani. Jest to swego rodzaju elita włoskiej policji. Naprawdę cudzoziemcom imponują nie tylko wyglądem, ale miłą, niewyszukaną grzecznością.
Mając polecenie od ks. biskupa Galla28, udajemy się do Watykanu, aby uzyskać na dzień następny kartę wstępu na audiencję do Ojca Św. Bardzo zmęczeni w tym dniu tak jazdą, jak i gorącem, pośliśmy29 wcześniej spać, aby dobrze wypocząć.
Zaczynamy Rzym poznawać od papieża30. Na godzinę dwunastą mamy wyznaczoną audiencję, a na prawie godzinę przed ceremonią panie ze smutkiem dowiadują się, że ich suknie, aczkolwiek czarne, nie odpowiadają ogólnie przyjętym w Watykanie warunkom ceremonii. Watykan nie uznaje sukien z krótkimi rękawami i dekoltami, ale kobieta wybrnie z każdej sytuacji i nabożni Włosi, znając tę zasadniczą cechę niewiast, założyli tuż obok Watykanu licznie dobrze prosperujące sklepy wypożyczające suknie na czas audiencji. Audiencja u Ojca Św. robi kolosalne wrażenie. Poprzedza ją zwykle imponujący ceremoniał, blasku zaś dodaje sala obita purpurowym, drogim adamaszkiem i wspaniałe stroje służb. Najstrojniejsza jest przyboczna gwardia papieska na czele z jej oficerami. Wejście Ojca Św. poprzedza wielka cisza, tak wszyscy są przejęci oczekiwaniem Następcy Św. Piotra. Na dany znak mistrza ceremonii obecni na sali poklękali, drzwi się otwierają i na salę wchodzi poprzedzony przez wyższego oficera gwardii i kardynała Ojciec Św., tuż za nim świta z trzech wysokich dygnitarzy duchownych. Po krótkiej modlitwie (klęcząc), Ojciec Św. obchodzi salę i przystępując z osobna do każdego, błogosławi go, dając jednocześnie Pierścień Rybaka31 do całowania. Tu i ówdzie zamienia parę słów, przeważnie z duchownymi. W czasie audiencji byliśmy świadkami wzruszającej sceny błogosławienia śpiącego na rękach matki dziecka. Ojciec Św. dłuższą chwilę zatrzymał się, aby się pomodlić i pobłogosławić —- osobno — dziecko. Matka ze wzruszenia i radości rozpłakała się. Gdy Ojciec Św. zbliżył się do nas, powitaliśmy Go zgodnym chórem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Odpowiedział na to z całą powagą majestatu, czysto po polsku: „Na wieki wieków”. Wrażenie tej audiencji pozostanie nam na zawsze.
Mamy prawo (gdyż Ojciec Św. na krótko przed obraniem Go spędził lata w Polsce, która z powstaniem wojny gruntowała fundamenta dla swojej przyszłości) uważać Ojca Św. za naszego „polskiego papieża”.
Nie tylko Jego spokojny majestatyczny wygląd, świątobliwa powaga w mowie i ruchach, ale pamięć, że w dniach, zdawałoby, załamania się młodego państwa nie opuścił Serca Polski, Warszawy, i spokojnie wytrwał na posterunku w obliczu hord bolszewickich. Ta niewzruszona wiara w przyszłość naszą specjalnie cenną nam była i dlatego ponad ceremoniał audiencji i jej miejsce wynosimy skromną, ale pełną majestatu postać Namiestnika Chrystusa na ziemi.
Naturalnie z Watykanu wchodzimy zaraz do kościoła św. Piotra32. Tu doprawdy nie wiadomo, co podziwiać: czy ogrom tej budowli, czy mistrzowskie obrazy Michała Anioła33? W rzeźbach i sztuce zdobniczej, w architekturze zebrały się tu najtęższe talenty świata, aby kościół św. Piotra, katedrę stolicy świata Chrystusowego godnie i sławnie upiększyć. Tu się widzi, jak nauka skromnego Nazarejczyka wzrosła z trudnych początków w niewzruszalną potęgę. Na katedrze św. Piotra znać zwycięstwo Boskiej Idei. Ten wspaniały przybytek Boży jest zarazem centrum międzynarodowym Idei zakutej w kult prawieczny. Tutaj każda narodowość może w ojczystym języku zmyć w skrusze swoje grzechy. Konfesjonały mają napisy prawie we wszystkich językach świata i my mamy swój konfesjonał z napisem: „Tu spowiada się po polsku”.
Z Watykanu idziemy oglądać starożytny Rzym. Aby go dobrze poznać, trzeba zostać tygodniami, przecież pogrzebano tu historię kilku dziesiątek wieków. Przypatrujemy się pobieżnie masywowi Colosseum34, szczątkom term Karakalli35, jesteśmy na Via Appia36, ze Wzgórza Palatyńskiego37 zachwycamy się widokiem Rzymu. Mamy czas oglądać szczątki wodociągów rzymskich i tego samego dnia przypatrzyć się łukom tryumfalnym Septymiusza Sewera, Tytusa i Konstantyna. O zachodzie słońca żołądek upomina się przecież o swoje prawa. Kolację jemy po włosku. Spożyliśmy makaron z parmezanem i czym prędzej pośliśmy spać.