Po nakarmieniu gołębi na placu św. Marka20 zwiedziłem kościół św. Marka w towarzystwie ppłk. Siczka; pań z powodu braku rękawów u sukien straż kościelna nie wpuściła. Osobiście nie wziąłem tego za złe, przydałoby się u nas tak praktykowane przestrzeganie zasad moralności. Mała to jest rzecz, a jednak zwraca uwagę, że za progami kościoła zaczyna się trochę odmienny od naszych pojęć świat. Kościół Boży jest dla modlitwy, a nie do przeglądu mód.

Wnętrze kościoła robi na mnie potężne wrażenie. Na myśl przychodzą czasy, w których żyli ludzie, którzy nie tylko siły ludzkie, ale i duszę w pracę wkładali, bo czymże nazwać ten ogrom misternych mozaik i labiryntu rzeźb w marmurach. Osobiście bardzo szanuję sztukę i powiem otwarcie po tym, co widziałem, pytam, czym jest nasza obecna sztuka i nasi obecnie żyjący ludzie sztuki wobec gigantów prac i polotu budujących kościół św. Marka? Jednak na nas czekają panie przed kościołem, a żołądek upomina się też o sztukę — ale mięsa.

Znajdujemy skromną restaurację z mało dobrym jedzeniem i trochę podłym piwem, przypominającym warszawskie sprzed lat paru. Za to ale cena dobrze „nadwarszawska”. Za przeszło 7 zł z restauracji warszawskiej wychodzi się jako tako zadowolonym i gdybym umiał kląć po włosku, wyraziłbym bezzwłocznie właścicielowi restauracji moje „podziękowanie”. Obiad ten nie zniechęcił nas do Wenecji, ale za to mamy dość dzisiejszych wenecjan i tego samego dnia po południu ruszyliśmy do Florencji (250 km). Przed nami znowu góry. Harley pnie się ze szczytu na szczyt dzikich Apeninów. Na prawie połowie drogi zatrzymujemy się w miasteczku, którego nazwy nie notowałem, gdyż takie miasteczka i w Polsce nikomu nie zaimponują, kto wie nawet, czy u nas nie lepiej w drodze się człowiek prześpi i także samo sobie podje. My jednak mamy szczęście, trafiamy na nocleg do farmy obok miasteczka, na kolację częstują nas kołaczami21, jajecznicą, nabiałem i dobrym winem. Kiedy gospodarzom dostatecznie wytłumaczyliśmy, że nie jesteśmy Niemcami, tylko Polakami, na nocleg znalazły się i materace. Inaczej spalibyśmy na podłodze!

Na wyjeździe (dnia 6 lipca) po dobrym śniadaniu musieliśmy długo prosić gospodarzy, aby przyjęli choć jednego dolara za gościnę i nocleg.

Około piątej godziny rano ruszamy w drogę do Florencji. Trafiamy na roboty sezonowe przy drogach, skutkiem czego tempo traci na szybkości. Trzęsąc się trochę na motocyklu, wjeżdżamy około południa do Florencji. Wpadamy do miasta okurzeni i obłoceni, czyniąc wielkie wrażenie wśród gapiów. Ponieważ nasz piesek cierpi w drodze od pędu wiatru na oczy, nosi kolorowe okulary. Zapytują nas dlatego, czy nie jesteśmy przypadkiem członkami wędrownego cyrku. Widocznie całe Włochy przepadają za cyrkami. Na samej już granicy posądzano nas o to.

Florencja jest pierwszym naprawdę wielkim miastem włoskim, na które natrafiamy. Przede wszystkim odnaleźliśmy konsulat polski i honorowego konsula Rzplitej Polski, pana Paszkowskiego, właściciela zarazem dużego browaru. Zastajemy go w kantorze przedsiębiorstwa i po przedstawieniu się znajdujemy staropolską gościnność, wyrażoną w ofiarowaniu nam bezpłatnej kwatery wraz z utrzymaniem. Pan konsul żywo interesuje się krajem, nie znać w rozmowie z nim trzydziestoletniej rozłąki z Polską, tak świetnie włada ojczystym językiem, mimo że za młodu opuścił kraj, chroniąc się przed prześladowaniem, i mimo tego, że dobrych lat parę życia zostawił w Ameryce. Konsul podziwia nasze harleye i wprost wierzyć nie chce, żeśmy 27 czerwca wyjechali z Warszawy. W nagrodę za wytrzymałość nasze maszyny zostają z polecenia konsula przez jego personel wymyte, oczyszczone i napełnione oliwą i benzyną. Dostajemy do naszej dyspozycji piękne auto, aby zwiedzić Florencję. Oglądamy grób Dantego22 w katedrze, zwiedzamy całe miasto, tak starożytną jego część, jak i nowoczesne przemysłowe budowle.

Nie mamy dużo czasu na przebywanie we Florencji, wiemy dobrze, że tylko parę godzin jazdy dzieli nas od Rzymu. Florencja jest bardzo miła i czysta. Pan konsul widocznie raduje się z naszego u niego pobytu, ale jak to mówią, komu w drogę, temu czas. Przed odjazdem próbujemy formalnie wszystkie wyroby jego florenckiego browaru, bo nie tylko fabrykacją piwa i służbą konsularną zajmuje się nasz rodak; browar jego słynie z wielu napojów chłodzących, którym jak dotąd konkurencja szkodzić nie może. Tegoż samego dnia około godziny piątej pod wieczór, pożegnani osobiście przez konsula, ruszamy na Rzym.

Właściwie stąd nie jest daleko do Rzymu (303 km). Jedziemy wolno i zauważamy, że to już jest blisko Południe, mijamy bowiem wioski z pomarańczowymi gajami. Krajobraz identyczny z widzianymi kiedyś malowidłami Włoch. Dużo zieleni, na jej tle porozrzucane na pagórkach i zboczach, charakterystyczne siwe, kamienne domki włoskie. Im dalej Florencji, droga coraz pnie się w górę.

Ciężka jest jazda przez Apeniny, z góry na pagórek i znowu na górę, aby wpaść nagle w dziki wąwóz. Nie jest się pewnym, czy kręta droga nagle nie utnie się na zboczu góry, aby stamtąd opaść dość ostro na wyłaniającą się nagle dolinę. Apeniny są naprawdę dzikie. Skąpe w zieleń, wypalone dobrze wspaniałym włoskim słońcem. Przypominają mi się tutaj zasłyszane echa różnych zdań o charakterze włoskim. To słońce może wyssać z człowieka chęć do pracy. Będzie jeszcze z pół godziny do zachodu, ale słońce grzeje zupełnie dobrze. Ze względu na opustoszały charakter okolic, dość dające się we znaki zmęczenie, szukamy pośpiesznie noclegu i choć się już dobrze zmierzchło, ani rusz go znaleźć. Zadowalamy się zatem oryginalnym spoczynkiem w stogu siana, za zezwoleniem służby napotkanego dworu, W porównaniu do naszych dworów i dworków polskich ten spotkany w drodze wielki dwór włoski wydaje się nam raczej siedzibą wyzyskiwacza-dzierżawcy. Ani mieszkania, ani porządnej obsługi! Nic dziwnego, że właściciel, jak nas informują, często wyjeżdża do miasta, i też nic dziwnego, że mamy większe zaufanie do stogu niż do dworu, aby się jako tako przespać i ruszyć do Rzymu. Mamy dość tej okolicy. Na tej włoskiej głuchej wsi kolację zjedliśmy z dziesięciu surowych jaj i dwóch litrów czerwonego wina. Pewnie za Rzymian tak nie bywało.

7 lipca wstajemy rankiem bardzo wczesnym, bo o godz. drugiej, i zaraz startujemy. Z zadowoleniem spostrzegamy coraz lepszą drogę, tylko okolice niezachwycające. To już jest Kampania Rzymska23. Pagórkowato tu, a poza tym pusto, oko wędruje po łbach nagich pagórków. Zaczynamy na dobre odczuwać słońce, już po godz. ósmej grzeje sobie wcale nieźle, dlatego jazda wlecze się leniwie.