Widzieliśmy ład, porządek, czystość w wioskach alpejskich Austrii i Szwajcarii. Miło patrzeć. Wejdźcie do środka domu! Nie kłamię, zupełnie jak na filmie grającym dramat czy komedię z tych stron. Ludzie czysto ubrani, urządzenie dostatnie, a choć czasami i uboższe, to znać na nim staranie o wygląd.
Pierwsza wioska włoska — i jaka zasadnicza odmiana. Czuć brud na ludziach i na obejściu. Nasze wsie polskie to cała gama wyższych stopniowań. Chłop nasz ma smak, lubi bowiem oznaki kultury w postaci wygodnego mieszkania. Gosposie nasze z całą bandą lśniących glinianych garnków mogą tu być nauczycielkami higieny w gotowaniu. Tu znajdziecie jeszcze piec z okapem, bez blachy. Po prostu wiszą na drutach garnki osmolone i niemyte! Zamiast blachy dwie cegły, między którymi tli się ogień podniecany miechem. Popiół leci w garnek i na izbę, dym uchodzi częścią przez komin, częścią na pokój.
Miałem inne wyobrażenie o powitaniu ziemi włoskiej. A nasze panie? Szkoda, że nie było na miejscu jakiego wybitniejszego faszysty. Dostałby za swoje.
Wjazd nasz do wioski robi sensację pierwszej klasy. Powodem jest nasz piesek w motocyklu, w dodatku noszący okulary. Rozlegają się nawoływania „Kania, kania” (pies). Tego jeszcze nie widziano, zapewne jak długo istnieją Włochy, aby pies jechał motocyklem. Maszyna to nic, my w podróżnych strojach także. Ale pies na maszynie — to sensacja. Biorą nas przede wszystkim za wędrowny cyrk.
Z rozmową na początku idzie bardzo źle. Próbujemy po niemiecku — nie idzie; po francusku nie rozumieją również. Żona wpada na pomysł rozmawiania po rumuńsku. Niech się żaden wysoko ceniący swój język i rasę Włoch w tym miejscu nie obrazi. Doskonale idzie rozmowa. Bardzo pokrewne to języki, widać. Włosi dają nam objaśnienia, które żona tłumaczy. Dowiadują się oni, skąd jesteśmy, ale rozumują po przedwojennemu. Polska to musi być daleka północ. Jedni biorą nas za Rosjan, inni za Anglików. Zauważam teraz, że chłopi nasi są dzięki Bogu o wiele inteligentniejsi. Włocha nasz Bartłomiej czy Maciek za Boga nie weźmie za Hiszpana albo Serba. Takich głupich na wsi już nie ma.
Dnia 4 lipca kierujemy się na Wenecję. Zatrzymuje nas jednak w drodze teraz już włoski Meran17. Przy wjeździe do tego światowego zdrojowiska wita nas po raz pierwszy od kilku dni niewidziany deszcz i widocznie bardzo za nami zatęsknił, gdyż przemakamy do nitki. Dlatego ostyga w nas chwilowy zapał zatrzymania się ze dwie godziny w Meranie i po spożyciu drugiego śniadania wyruszamy ku włoskim dolinom. Wspaniała droga Meran–Padwa mija szybko, a towarzyszące nam dalej słońce i wiatr (jechaliśmy ponad 100 km/godz.), wysusza ubrania całkowicie.
Wjazd na ziemię włoską nie zrobił na nas szczególnego wrażenia, jak to powyżej opisuję, bowiem jeszcze nie są to owe właściwe Włochy i rozsłoneczniona Italia, ojczyzna poetów, artystów i utalentowanych żebraków, lazzaronów. Mijane przez nas wioski nie stanowią nic szczególnego. Pachnie jeszcze oddechem mroźnych Alp i trochę za dużo brudem, którego dzielny Duce Mussolini niezupełnie przegnał na cztery wiatry. Spieszy się nam zatem do Wenecji, dlatego mijamy Padwę, od której prowadzi w kierunku Wenecji niespotykana dotąd, wygodna, na światową sławę zrobiona asfaltowa droga. Piększą ją z obu stron stare, rozłożyste drzewa z pobielanymi pniami, które zmieniają drogę w kolosalną aleję. Puszczam wodze swej fantazji i idę z wiatrem w zawody, mimo gorącego protestu towarzyszek. Wszystko mi jedno, czy mój harley pożre tyle kilometrów na godzinę, albowiem znajduję w sobie drugą naturę namiętnego nałogowca — motocyklisty. Mam chwilowo wrażenie, że harley nie sunie po ziemi, tylko płynie tuż nad nią, zerkam okiem na licznik i widzę, że przekracza przyzwoitą miarę 120 km na godz. z takim obciążeniem i takim bagażem, przede wszystkim żywym. Ale cóż robić? Chcemy być jeszcze dziś w Wenecji.
Nad brzegiem Adriatyku, w małej przystani portowej „Garage Fuzina” przed Wenecją, spotyka jednak nas zawód. Do Wenecji można się dostać — tylko statkiem. Kwitujemy18 z dalszej drogi, motocykle zostawiamy w garażu pełnym samochodów z różnych stron świata, a samochodem wracamy do Mestry19 na noc.
Miasta nie oglądamy, jemy kolację, idziemy spać. Nazajutrz (5 lipca), a jest to niedziela, koleją elektryczną dojeżdżamy do „Garage Fuzina” i stąd statkiem przeprawiamy się do Wenecji. Wenecja nam imponuje nie przez to, że jesteśmy w niej po raz pierwszy. Tego jeszcze się nie widziało. Stare domy, na których znać patynę wieków, kanały, gondole, charakterystyczny gwar włoski. Wenecja jest tą bramą, przez którą wchodzimy do jednego z największych i żywych muzeów cywilizowanego świata. Tutaj postęp jest ładnie powiązany z przeszłością. Nowoczesne urządzenia i dawno miniona świetna przeszłość „Pani Adriatyku” cudownie powiązała fantazję i pracę włoską.
W starożytnych domach zupełnie nowożytnie dostosowane wystawy sklepowe, a w nich rozrzucone klejnoty pracy ręcznej włoskiej, jak wspaniałe weneckie szale, wyroby szklane, ceramika i artystycznie plecione damskie obuwie. We mnie poza tym wszystkim jeszcze jedna rzecz budzi podziw: brak tu zupełnie ruchu kołowego; z początku oko nie może się oswoić z widokiem ulic, na których nie widać tramwajów, koni, samochodów i motocykli. Milsze skutkiem tego powietrze i bezpieczniej pieszo chodzić. Życzyłbym swoim wrogom, aby założyli sobie w Wenecji przedstawicielstwo światowych marek samochodów lub motocykli, przynajmniej nie mieliby na pewno z czego żyć do końca życia. Tak mi się wbił w pamięć brak wszelkiego ruchu kołowego w Wenecji, że gdy kiedy usłyszę „bujanie” w towarzystwie np. na temat wyścigów cyklistów w Wenecji, słowo daję, że bez żenady będę strzelał prosto w m...