Koło godz. drugiej dobijamy wreszcie do miasta. Salzburg od razu nam się podobał. Rozłożony jest nad rzeką na górzystym terenie, z ciekawym sposobem rozbudowania miasta, przystosowanym do skalistego terenu. Salzburg należy do miejsc, które długo się pamięta. Znajdujemy na ulicach żywy ruch, bardzo wielu przechodniów ubranych w charakterystyczne stroje tyrolskie, a wyczuć się da w tłumie, że sporo w nim jest turystów ściągniętych z różnych stron Austrii, a nawet świata do centralnego punktu, z którego zaczynają się wędrówki po Alpach. Wieczór robi imponujące wrażenie, gdy z radiostacji umieszczonej na niedostępnej wysokiej skale, do której dojazd stanowi prostopadła kolejka linowa, zaczynają zapalać się bardzo silnie reflektory, przemieniając miasto w zaczarowane widoki z bajki. Cóż można przy tym powiedzieć o mieszkańcach Salzburga, jak nie to, że są pod względem gościnności i uprzejmości podobni do wiedeńczyków.

Po dobrym wypoczynku następnego dnia (2 VII) wczesnym rankiem wjeżdżamy w łańcuchy górskie — na Innsbruck, najbardziej karkołomnym odcinkiem dotychczasowego rajdu. Harley pnie się w górę, aby później w szalonym tempie w załamaniach i serpentynach zjeżdżać aż do dolin górskich i aby znów za chwilę przebywać w mroźnych rejonach szczytów gór. Droga ta prowadzi przez królestwo ciszy górskiej, tak wspaniałe jak wspaniałe jest połączenie przepastnych urwisk z taflami jezior górskich. Z każdej strony dosięgniętej przez nas góry otwierają się nam coraz nowe widoki i nie sposób się połapać, które z nich piękniejsze. Za to sama jazda wymaga zupełnego opanowania nerwów, a tym samym ostrożności aż do ostatnich granic. Spotykamy prawie na każdym zakręcie tablice ostrzegawcze z groźną trupią czaszką lub tylko pojedynczy napis „Tott” (Śmierć). Muszę dodać, że brzegi dróg od strony przepaści nie są obramowane barierami, przeto jazda jest prawdziwym tańcem nad przepaścią. Harley mój dalej pnie się w pełnym gazie z dolin, gdzie gorąco przypomina krainy wiecznej wiosny, aż do mocarstwa śniegu. Zjazd z gór podobny jest do zabawki w młodości praktykowanej na poręczach schodów lub oglądanej w lunaparkach. Na takie zjeżdżanie w dół tylko dobrze wytrenowany motocyklista i pewny swojej maszyny może się odważyć, gdyż co chwila grozi mu runięcie na tzw. „zbity łeb”. Imponuje nam, gdy na szczytach gór widzimy na równi z sobą tylko sąsiedztwo nagich skal i bezmiar wiecznych lodów. Mało kiedy szczyty gór nie dosięgają do miary wysokości 2000 m, a często nawet je przekraczają. W takich warunkach człowiek tęskni do jakiegokolwiek bliższego miasta, gdyż uwagę jego rozrywa myśl, aby te góry wraz z zakrętami raz nareszcie się skończyły. Ku wieczorowi mijamy Innsbruck i daleko za nim zatrzymujemy się w spotkanej przy drodze oberży, która przyjmuje nas dobrym posiłkiem i noclegiem. Alpejskie powietrze, którego nałykaliśmy się dzień cały, dodaje nam dobrego apetytu i sprowadza bardzo smaczny sen.

Trzeciego lipca przed wschodem słońca startujemy dalej, jeszcze przed nami będą ciągle góry, choć już Austria będzie się kończyć, ale zaczyna się znowu górzysta Szwajcaria, w którą wjeżdżamy. Bardzo dobrze pamiętam moment wjazdu w granice najstarszej w Europie republiki. Minimalne formalności celne, ciekawy strój straży granicznej w charakterystycznych kepi14 i co dziwne, i co od razu spostrzegamy na wstępie, że przeważnie Szwajcarzy nie grzeszą wysokością wzrostu.

Widoki przesuwają się jak w kinematografie. Na dobrych drogach spotykane domostwa, dawno już nam znane od lat dziecinnych z krajobrazów. Wspaniały widok przy jasnym, wysokim niebie górskim przedstawia plama czarno-białych pasących się sławnych krów szwajcarskich. Zaznaczyć muszę, że od młodości już tyle się czyta, nasłucha i napatrzy się człowiek z książek i obrazów na Szwajcarię, że przyjechawszy do niej, odczuwa się pełne wrażenie powrotu po latach do drugiej ojczyzny.

Ogromnie ciekawi byliśmy kraju, dokąd chronił się w czas zaborów i prześladowań kwiat tego wszystkiego, co Polska miała najlepsze, gdy w Ojczyźnie zaborca żyć nie dawał. W tym przecież kraju spokojną starość po spracowanym żywocie znalazł Kościuszko. Najpiękniejsze perły poezji Słowackiego i Krasińskiego w obliczu potężnych masywów górskich się narodziły. Tu dowiaduję się, że jednym z pierwszych Europejczyków, który rozpoczął turystykę wysokogórską, był nie kto inny jak Malczewski15 — twórca Marii. Były to czasy jeszcze bardzo dalekie kolei, samochodów i motocyklów. Widać z tego, że nasza rasa nie tylko umie osiągać wyżyny ducha, ale i przestrzeni.

To wszystko jest bardzo piękne, ale droga i czas mają swoje wymagania. Dobijamy do St. Moritz, aby stąd zmienić zasadniczo kierunek jazdy. Przed nami, przed rajem włoskim, dokąd zdążamy, jest do zdobycia najwyższa w czasie naszej jazdy spotykana góra, w paśmie grupy alpejskiej Ortler. Pnięcie się pod górę mojej maszyny, przechodząc kolejno z biegu trzeciego do pierwszego, szło jeszcze jako tako. Po przeszło godzinnym windowaniu się serpentynami stajemy na przełęczy, położonej na wysokości 2330 m, i oczom się nie chce wierzyć, że wzdłuż drogi leży śnieg w lipcu. Aby dosadnie o jego istnieniu się przekonać, zabawiamy się trochę rzucaniem śniegowych kulek. Roztaczający się stąd widok jest zachwycająco ładny i groźny zarazem.

Gdy rzuciłem okiem na drugą stronę przełęczy, przyznam się, że chwilowo zabrakło mi odwagi do dalszej jazdy ze szczytu. Widać jak na dłoni serpentynę w kształcie olbrzymiego węża, przypartego do prawie prostopadłego zbocza góry. W tych warunkach człowiek musi mieć doskonale opanowane nerwy, aby przedsięwziąć wszelkie ostrożności. Zjeżdżamy pierwszym biegiem, zabezpieczeni przy tym wszystkimi hamulcami. Na każdym zakręcie serpentyny inny widok, to chwilowo daje zapomnienie o istotnych szalonych trudnościach drogi, zatem przyznam się, że motocyklista za wysiłek i odwagę jest najhojniej nagrodzony całą przesuwającą się karawaną najrozmaitszych mistrzowskich pejzaży.

Kiedy po męczącym zjeździe odetchnąłem pełną piersią u podnóża gór, ogarnęło mnie dziwne uczucie podziwu dla maszyny obciążonej tak nienormalnie. Przecież to nie jest żyjący twór, ale dzieło rąk ludzkich, żelazo przekształcone w posłuszne człowiekowi jakieś utalentowane zwierzę, w które człowiek tchnął część swojego talentu. Gdyby mój harley był koniem lub mułem używanym do zdobywania gór, z pewnością dałbym mu z wdzięczności parę dni potem odetchnąć i wypocząć. Nam jednak się śpieszy, niebezpieczeństwo przeszło i zapomniało się zaraz o nim, tym bardziej że i najpiękniejsze góry w takich okolicznościach w końcu się sprzykrzą.

Jesteśmy po drugiej stronie Alp. Na granicy włosko-szwajcarskiej lekka rewizja paszportów i bagaży. Godzina jeszcze jazdy i wieczór zmusza nas nocować w małej włoskiej wiosce.

Pełno jest obecnie w prasie o faszystowskich Włochach. Podobno „Il Duce”16 pchnął rozwój i kulturę Włoch naprzód. Podobno! Na pierwszy rzut oka w pierwszej wiosce włoskiej nic podobnego się nie widzi.