Przed dojazdem do granicy austriackiej wypada nam nocować we wsi czeskiej. Nocleg znajdujemy w domu prywatnym, bardzo gościnni ludzie chętnie udzielają nam czystego pomieszczenia i w tych warunkach, nie chcąc wykorzystywać gospodarzy, ograniczamy kolację do zakresu domowego, a więc: jaja, mleko i chleb.
Bardzo wczesnym rankiem 29 czerwca przekraczamy granicę i po nieszczególnych drogach, po których jedzie się również lewą stroną, o godzinie pierwszej w południe zawitaliśmy do Wiednia. Miasto znalem dobrze przed laty z jego świetnych cesarskich czasów. Już na pierwszy rzut oka widać rażącą różnicę na ludziach. To nie są już ci uśmiechnięci beztrosko wiedeńczycy. Na rysach twarzy znać szczerby pogoni za ciężko zdobywanym kawałkiem chleba.
W Wiedniu zostajemy dwie doby. Znając Wiedeń bodajże szczegółowo, w następnym dniu z motocykla pokazuję towarzystwu to, co warte obejrzenia.
Sława dawnej cesarskiej siedziby długo jeszcze pysznić się będzie Schönbrunnem7, tumem8 św. Szczepana9, Praterem10, zamkiem cesarskim11, muzeami i teatrami — świadkami minionej sławy, bogactwa i chwały. Gorzej jest z mieszkańcami, ci głośno narzekają w restauracjach i kawiarniach na obecne ciężkie czasy i mam wrażenie, że nie z nałogu, jak u nas w Warszawie, ale wiedeńczycy mają na co narzekać. Trudniej tam o szylinga12 niż u nas o 5 złotych, toteż Wiedeń dba o cudzoziemców.
Cudzoziemiec spotyka się nadal z uprzejmą obsługą, a jako znak czasu godny zanotowania, na każdym kroku przy tym z propagandą zwiedzenia małej Austrii. Niemal wszędzie wtyka się cudzoziemcowi w formie broszur zaproszenie do zwiedzania okolic Wiednia, Semmeringu13, Alp itp. Jest to troska o tak trudny dzisiaj pieniądz, który za cesarskich czasów lekko przypływał wraz z „poddanymi” do stolicy. — Robi się to jednak umiejętnie, kulturalnie i z domieszką tradycji.
Cudzoziemiec chętnie zwiedza austriackie wspaniałości, bo go nie odstręczają wyzyskiem.
Pierwszego lipca o godz. trzeciej nad ranem startujemy pełni odwagi, aby przez dzień przebyć masyw górski w kierunku Salzburga (304 km) do właściwych Alp.
Drogi austriackie za Wiedniem ku Alpom nieszczególne, często wyboje i dość sporo kurzu. Im bardziej zbliżamy się do Salzburga, krajobraz zaczyna nabierać cech wykwintnego pejzażu. Droga prowadzi przez podgórze alpejskie. W kierunku drogi sine linie potężnych Alp ścieśniają horyzont. Wjeżdżamy powoli z każdym dziesiątkiem kilometrów w królestwo najwyższych gór Europy. Z obu stron ciągną się łańcuchy wzgórz, przechodzących z łagodnych pagórkowatych szczytów w poszarpane coraz bardziej skaliste wierzchołki. Lasy towarzyszą nam coraz częściej, przeważnie to świerk lub sosna. Powietrze zalatuje żywicą. Wiatr chłodzi łagodnie. Czuje się w nim jednak ostry czasami odcień chłodu wysokogórskiego, stamtąd ciągnie ten wiatr mocny, upojny jak stare wino.
Zaludnienie, im bliżej ku Alpom, rzadsze. Napotykane wsie bywają skupione, zawsze nad jeziorem lub rzeką. Ponad niskie murowane domy odcina się willa lub grupa willi, białych na niepokalanej bujnej zieleni.
Ruch na drogach nieszczególny. Zauważyć się daje łatwo, że mijamy samochody przeważnie turystyczne o obcych markach. Ciekawy rys na tych drogach, bardzo charakterystyczny, uderzył nas. Ilekroć razy zatrzymaliśmy się celem krótkiego odpoczynku przy drodze, przejeżdżające auta lub motocykle zatrzymywały się i kierowcy pytali się, czy czegoś nie potrzebujemy. Wspaniale to świadczy o powszechnej pomocy turystom. Zwyczaj ten wyrobił czas i doświadczenie.